Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Wojna i Pokój

Napisane przez: Perotin , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2012-05-01

Na wizytę Teatru Maryjskiego czekaliśmy bardzo długo. Gdy wreszcie nadeszło pierwsze historyczne przedstawienie, nie mogło przejść bez echa. Jedni okrzyknęli je najważniejszym wydarzeniem artystycznym tego roku, inni krytykowali inscenizację za wydźwięk polityczny. Jeszcze inni wychodzili w przerwie po pierwszym akcie zmęczeni natłokiem treści muzycznej, dramatycznej i wizualnej, ale o nich raczej nie będzie tu mowy. Każdy od „Wojny i Pokoju” Sergiusza Prokofiewa w reżyserii Andrieja Konczakowskiego oczekiwał czegoś innego. Trudno dogodzić wszystkim.

Jednym z najgłośniejszych komentarzy do premiery „Wojny i Pokoju” był zarzut Beaty Stasińskiej do prezydenta Bronisława Komorowskiego. Szefowa wydawnictwa W.A.B. oskarżyła głowę państwa o wydanie trzech milionów złotych na „gwałt na Tołstoju”. Chodziło jej o fakt objęcia przez prezydenta honorowego patronatu nad przedstawieniem, które w jej mniemaniu było „stalinowsko-socrealistyczne, szowinistyczne i imperialne”. Wystawienie dzieła Prokofiewa w wersji Konczakowskiego uznała za „rodzaj politycznych pogróżek”.

Istotnie, ciężko się z nią, choć częściowo nie zgodzić. Przedstawienie było schematyczne. Reżyser postanowił ukazać wszystko w sposób bezmyślnie czarno-biały. I tak Rosjanie zawsze byli wspaniali, bohaterscy, wielcy duchem i odwagą. Z armii napoleońskiej zrobił zaś Konczakowski bandę drani gwałcących rosyjskie wieśniaczki i opijających się winem. Francuskie symbole sponiewierane, a postać Napoleona karłowata. Z drugiej strony rzadko zdarza się widzieć coś tak efektownego jak płonąca na scenie Moskwa, która mimo, że również wpisywała się w tą konwencję, przyznam szczerze, wywarła na mnie nie małe wrażenie, w połączeniu z muzyką Prokofiewa.

Obiektywnie jednak rzecz ujmując trudno jest mi wyobrazić sobie wersję „Wojny i Pokoju”, która odpowiadałaby zapotrzebowaniu wszystkich odbiorców. Zarówno publiczności rosyjskiej, niekoniecznie oczekującej absolutnie krytycznego spojrzenia na jedne z najbardziej spektakularnych zwycięstw w historii własnej ojczyzny, jak i widzom amerykańskim, którzy z jednej strony nie muszą być optymistycznie nastawieni do imperialistycznych zapędów Rosjan, lecz z drugiej strony nie są emocjonalnie związani ze stosunkami wewnątrz Europy i nie byłoby dla nich atrakcyjne roztrząsanie historyczno-politycznych niuansów. Ostatecznie myślę, że byłoby trudno o sytuację, w której jeden z największych rosyjskich teatrów sili się o świeże, krytyczne spojrzenie na własną ojczyznę i jej historię. Jeśli spojrzeć na historię Teatru Maryjskiego i karierę jego dyrektora, Valerego Gergieva, rzuca się w oczy działanie na rzecz krzewienia rodzimej kultury (w czym, trzeba przyznać, Gergiev osiąga z roku na rok kolejne sukcesy), w którym trudno jednak doszukać się krytyki tradycyjnych wartości. Doświadczenie pokazuje, że za świeże, a często kontrowersyjne interpretacje dzieł o tematyce, choć zwykle nie rozmachu „Wojny i Pokoju” biorą się raczej jednostki mniejsze, ale niezależne, a nie wielkie instytucje.

Punktem, który spowodował niesmak z kolei u wielbicieli tradycyjnych rozwiązań była scenografia, a konkretnie scena w postaci okrągłego, obrotowego pagórka. Zaletą takiego rozwiązania jest na pewno fakt, iż podczas całego aktu kurtyna nie opada ani razu. Jednak kręcący się glob nie należy do najbardziej realistycznych elementów przedstawienia, by nie powiedzieć, że zalatuje kiczem. Być może to kosztowne rozwiązanie stanie się niebawem teatralnym standardem, jednakże na chwilę obecną zdaje się służyć efekciarstwu, na które nastawiony musiał być reżyser „Wojny i Pokoju”, tworząc inscenizację tak pompatyczną. Nie można jednak mówić o całkowitej porażce. Sceny wojenne z drugiego aktu zrealizowane zostały w całkowitej zgodności warstwy wizualnej z warstwą muzyczną i choć natłok patosu, istotnie mógł męczyć, trudno teraz wyobrazić sobie to wszystko bez szeregu armat na scenie, wybuchów odrzucających żołnierzy, czy dramatycznego obrazu płonącej Moskwy w tle.

Tym, do czego nikt chyba nie mógłby mieć zarzutów była muzyka. Interpretacja Velerego Gergieva była po prostu perfekcyjna. To właśnie dla samej muzyki warto było przyjść tego wieczoru na „Wojnę i Pokój”. To co z kompozycją Prokofiewa zrobiła orkiestra i soliści (których było około siedemdziesięciu, a każdy swym potężnym głosem wypełniał mury Teatru Wielkiego) teatru Maryjskiego, uczyniło cztery godziny przedstawienia istną ucztą muzyczną, która nie daje o sobie zapomnieć bardzo długo. I dzięki temu właśnie, wieczory takie jak ten zostają w głowie.

Inne teksty tego autora: