Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Trigun

Napisane przez: Jingen , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2012-05-01
„...love and peace...”

Tytuł jedyny w swoim rodzaju. Akcja ma miejsce na pustynnej, bliżej nieokreślonej planecie. Rzecz dzieje się w post-apokaliptycznej scenerii, gdzie ukształtował się styl życia na wzór dzikiego zachodu z XIX stulecia, tyle, że o zabarwieniu futurystycznym. Anime przedstawia nam losy znanego rewolwerowca Vash’a the Stampede zwanego Ludzkim Tajfunem. Vash nie ma lekkiego jestestwa. Nagroda 60.000.000.00$, którą za niego wyznaczono sprowadza nań coraz to nowe kłopoty - najczęściej w postaci nachalnych łowców nagród. Podążając od miasta do miasta sieje zamieszanie - nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest on niespotykanie spokojnym facetem i wszystkie zniszczenia są raczej dziełem jego prześladowców. Agencja ubezpieczeniowa postanawia wysłać swoje dwie agentki Milly i Meryl by ograniczały Tajfuna w jego niszczycielskim dziele. Po długich poszukiwaniach w końcu trafiają na Stampede, nie mogą jednak uwierzyć, że ten niezdarny osobnik może być legendarnym rewolwerowcem. Chcąc nie chcąc tych troje bohaterów ma to szczęście, że ciągle na siebie wpada. W końcu postanawiają (z małymi przerwami) podróżować razem. Po drodze spotykają m.in. ekscentrycznego księdza Wolfwooda i masę innych mniej lub bardziej interesujących osobistości. Bardzo interesująco zaczyna rozkręcać się główny wątek fabuły, a w zasadzie dwa. Coraz wyraziściej zostaje nakreślany motyw walki z głównymi postaciami negatywnymi takimi jak np. Legato. Poznajemy też mroczną oraz smutną historię Vash’a, który stracił pamięć po tym jak podobno dosłownie zmiótł jedną z metropolii, a mianowicie Lipiec. Akcja nabiera tempa z każdym kolejnym epizodem aż do zaskakującego zakończenia.

Po obejrzeniu pierwszej odsłony niewtajemniczony widz zaczyna myśleć, że trafił na głupawą komedyjkę, następne wydarzenia zdają się tylko to potwierdzać i tak rzeczywiście jest na początku. Główny bohater, mówiąc prosto: powala na kolana minami, gestami, charakterem oraz swoim zachowaniem, ale przodują ogólnie gagi sytuacyjne, de facto przez niego spowodowane. Wesoły klimat trwa powiedzmy do połowy serii, potem robi się już o wiele poważniej. Do gry coraz mocniej wkraczają Gung-Ho-Guns przypominając Ludzkiemu Tajfunowi fakty z jego przeszłości. Cały klimat przechodzi zadziwiającą ewolucję od zabawnej farsy, przez ciekawą przygodę, aż po dramat. Trigun fabularnie jest naprawdę cudowny. Autorzy stworzyli dzieło, od którego nie sposób się oderwać. Wszystko wsparte tajemniczym klimatem daje piorunujący efekt. Znakomicie wykreowano Vash’a the Stampede. Obserwujemy jego powolną duchową metamorfozę - głębia tej postaci fascynuje i przeraża zarazem. Poznajemy go jako zagubionego samotnika niestroniącego od zabawy, w której prawdopodobnie topi swoje smutki. Obwinia się o śmierć swojej mentorki, a raczej o to, że nie był w stanie jej ocalić. Czuje gniew i poczucie winy względem Knives’a, którego nie powstrzymał od zbrodniczych działań mimo takowej możliwości. Podczas wędrówki z agentkami zaczyna pojmować wreszcie sens życia i fakt, że nie zawsze wszystko jest tak, jak tego chcemy. Troszeczkę słabiej dopracowanymi bohaterkami są Milly Thompson oraz Meryl Stryfe. Pierwsza - osoba o wielkim sercu i zawsze chętnie niosąca pomoc bliźniemu - razi nadmierną łatwowiernością. Druga twardo stąpa po ziemi, a w życiu częściej kieruje się rozumem niż sercem. Pomimo różnic są swoim doskonałym uzupełnieniem.

Kreska jest bardzo żwawa i żywa, bez zbędnych efektów komputerowych, aczkolwiek wizualnie prezentuje się bardzo przystępnie. Mimika twarzy, pojedynki oraz gestykulacja robi miłe wrażenie, szczególnie w trakcie starć z kolejnymi członkami Gung-Ho Guns. Odnajdziemy tutaj świetnie ze sobą zgrane barwy i odcienie z każdej możliwej tonacji, przez co obraz ogląda się niezwykle spójnie.

Muzyka autorstwa Tsuneo Imahori w pewnym sensie przypomina tą z Cowboy’a Bebop’a, chociaż nie jest na tak wysokim poziomie. Dźwięczne, melodyjne kawałki skutecznie współpracują z animacją i klimatem, jednakże w pamięć ewidentnie nie zapada żaden utwór.

Dziki zachód plus futurystyczne technologie powinny zadowolić każdego, nawet najbardziej wybrednego widza, a jeśli dodać do tego genialną fabułę, sporą dawkę humoru i dramatyzmu, otrzymujemy wybitną serię gatunku. Gorąco wszystkim polecam.

Inne teksty tego autora: