Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Mam niemieckie nazwisko

Napisane przez: Pipkin , Rodzaj: Artykuł , Dodane: 2012-05-01

W bardzo dawnych czasach, gdy byłem jeszcze chłopaczkiem łapczywym na ambitne kino (rozbierane), gdy godzinami słuchałem oper Wagnera, robiłem niewinne ryciny z nazistowskimi odznaczeniami i przy pomocy swojego bagnetu rysowałem karoserię wybitnie niearyjskich samochodów przypadkiem natrafiłem na dzieło, które zmieniło moją percepcję o jakieś 360 stopni. Wówczas reżyser kompletnie mi nieznany, Bruno Mattei zaserwował mi możliwie najwyższej klasy nazistowską erodukcję. Spróbujmy może zrobić malutki przekrój tego, co może w tym filmie spodobać się wrażliwemu człowiekowi, jakim wówczas byłem: ciekawy tytuł: La Casa Privata del SS; ogromne cycki nazistowskich dziwek; psycho-funkowa muzyka; seks ze zwierzętami, karłami, kalekami; sadomasochizm; wszechobecne swastyki i portrety Hitlera; oficer SS przebrany za papieża grający fugę Bacha po apokalipsie w burdelu. Może i niewiele, ale wtedy wystarczyło, bym zaczął oglądać namiętnie nazisploitację, oczywiście tylko nazisploitację wysokiego sortu jak Ilsa, Love Camp 7 czy Lista Schindlera. Trzeba mieć wyczucie, by nakręcić dobre, artystyczne, czasem surrealistyczne kino transgresyjne o torturach i zwyrodniałych stosunkach seksualnych, dlatego szanujmy twórców, tak szybko odchodzą.

Po eroedukacyjnych latach 70 zagłębiłem się w zgniłe lata 80. Słyszeliście o Zombie Lake? Podejrzewam, że pierwszym nazi-zombie mógł być Peter Cushing z Schock Waves (1977), ale dopiero u Jeana Rollina (francuskiego twórcy wybitnych, odrealnionych filmów wampirycznych z dużą ilością... walorów aktorskich) zombie-naziści mogą naprawdę się podobać. Stylowa zielona farba, aktorstwo godne wyciętych z kartonu... kartonów, wzruszający motyw ojcowskiej miłości jednego Oberstgruppenführera do żyjącej córeczki, podwodne sceny godne Zombi 2 Fulciego wynosiły ten film na szczyt podium kina o takiej tematyce (nie żeby wiele filmów o nazi-zombi powstało). Wpadłem totalnie.

Trudno ustalić, jaki film pierwszy pokazywał nazistów z kosmosu, temat wydaje się bardzo świeży. Podobno w filmie Attack from Space (1964), który notabene przerobiony jest z 2 odcinków japońskiego serialu Super Gigant (szalenie polecam!) najeźdźcy – Spherianie, okazują się tak naprawdę złowieszczymi podwładnymi Hitlera.

W ostatnich latach możemy zaobserwować prawdziwy boom na filmy o takiej tematyce, twórców znów interesować zaczyna stary, dobry nazizm. Znów niewinnych amerykanów (głównie ich, ale nie tylko) nękają sadystyczni doktorzy z niezłą przeszłością obozową (Frontiere(s), Ludzka Stonoga), robo-SS rozgniata nieczystą rasę laserami (Nazis at the Center of the Earth), a Hakenkreuz pięknie trzepocze na niemieckich mundurach. Deutschland uber alles znów uroczyście rozbrzmiewa z megafonów, a Wagner (i Laibach!) napełnia serce jedyną słuszną ideologią (Iron Sky). Narzekacie na brak nieśmiertelnych nazistów? Odpalcie norweskie Dod Sno albo Outpost, którego drugą część można już podziwiać w internetach. A zbliża się jeszcze Czwarta Rzesza z Savinim i fruwające statki kosmiczne w kształcie swastyk (australijskie 25th Reich). W tym roku ma się też pojawić nowy film Roba Zombie – The Lords of Salem, w którym zagra Udo Kier – postawiłem już swoją młodzieńczą powieść Niezwykłe przygody herr Gottfrieda w krainie bolszewików, że zagra nazistę! Szczerze wątpię by na tych kilku tytułach się skończyło!

Czy fakt posiadania niemieckiego nazwiska do czegokolwiek człowieka może obligować? Czy automatycznie filmy o nazistowskich szumowinach muszą przypaść mi do gustu? Do licha, nie wiem, ale każdy film z nazistą z kosmosu, czy zombie nazistą zawsze oglądam z zaciekawieniem, ciesząc się jak niedoświadczony uczniak obcujący z gigantyczną piersią nauczycielki WF-u.

Inne teksty tego autora: