Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Meshuggah - produkt idealny?

Napisane przez: Perotin , Rodzaj: Artykuł , Dodane: 2012-05-01

Dwadzieścia pięć lat doświadczeń, wizjonerskie eksperymenty, wypracowywanie i udoskonalanie indywidualnych środków - to wszystko by stworzyć produkt idealny, produkt na miarę naszych czasów.

Tak można opisać miejsce, w którym znalazł się jeden z najważniejszych zespołów sceny metalowej ostatnich dwudziestu lat wydając najnowsze nagranie - „Koloss”. Kolejne albumy prowadziły Meshuggah do stworzenia formuły podporządkowanej skomplikowanym schematom matematycznym w warstwie rytmicznej i niezwykłemu ograniczeniu pozostałych elementów kompozycji. W muzyce zespołu nie ma, bowiem czegoś takiego, jak linia melodyczna. Zastępują ją najczęściej pojedyncze zmiany interwałowe oparte na odległościach dysonujących - trytonach, półtonach i ich przewrotach oraz całych tonach. Alternatywą do tych konstrukcji są skomplikowane przebiegi, nie oparte zwykle na żadnej z tradycyjnych skal tonalnych, a wykorzystujące skalę dwunastostopniową oraz liczne glissanda. Odstępstwa od tych reguł, kiedy to następstwo większej liczby dźwięków układa się w skalę diatoniczną, są tak sporadyczne, iż albo nie są zauważalne, albo z kolei stosowane są w celu wzmożenia napięcia w przebiegu muzyki. Równie ograniczona jest warstwa kolorystyczna muzyki Meshuggah. Opiera się ona na głębokich brzmieniach niestandardowo strojonych gitar o różnej ilości strun (przeważa więc brzmienie o bardzo szerokim wypełnieniu harmonicznym), podpartych dźwiękami gitary basowej oraz djentowo współgrającej perkusji. Na tym tle pojawiają się niezwykle czyste i jasne barwowo, atonalne sola wykonywane na siedmio- lub ośmiostrunowej gitarze Fredrika Thordendala, które oparte są na górnych rejestrach skali instrumentu. To wszystko uzupełniane jest przez jednostajny krzyk Jensa Kidmana.

Stosując wymienione środki muzycy Meshuggah stworzyli absolutnie nową, indywidualną jakość brzmieniową, która jako zjawisko dźwiękowo-muzyczne mogłaby, być może zostać postawiona obok eksperymentów kompozytorów zgromadzonych wokół środowisk akademickich (nie chcę się tu posługiwać niezbyt elastycznym terminem tzw. muzyki poważnej). Dziełem, które stało się apogeum rozwoju zespołu był album „Catch 33”. W tym czterdziestosiedmiominutowym, wewnętrznie spójnym utworze (co prawda podzielonym na trzynaście nagrań, ale w większości nierozerwalnie się ze sobą łączących) przedstawione jest pełne spektrum środków, jakimi od tej pory miał się posługiwać zespół, oczyszczone ze wszelkich zewnętrznych wpływów. Muzyka stworzona na tym albumie przez Meshuggah jest zupełnie odrealniona. Od całkowitej nieustępliwej jednostajności opartych na pojedynczych dźwiękach riffów i zlewającego się z nimi monotonnego krzyku wokalisty, wiedzie do coraz bardziej skomplikowanych układów rytmicznych i ostatecznej „zdehumanizowanej” dźwiękowej ekstazy.

Mówiąc o najnowszym wydawnictwie zespołu świadomie użyłem określenia „produkt idealny”, które, wydawałoby się, nijak nie przystaje do zjawiska, jakim jest muzyka. A jednak zdaje mi się, że do czegoś takiego zbliża się „Koloss”. Zdając sobie sprawę z tego jak kształtowana jest muzyka Meshuggah, nie trudno zauważyć, że dużo czasu jeszcze upłynie zanim wszystkie kombinacje zostaną wykorzystane. Cały problem polega jednak na tym, że mimo świadomości braku rozwoju twórczości Szwedów, świadomości, że muzyka ta nie jest już niczym nowym i, że powinna mnie już zwyczajnie nudzić, nie jestem w stanie całkowicie krytycznie spojrzeć na ich najnowszy album. To, co mnie przy pierwszym odsłuchaniu płyty odrzuciło, to utwory, które najbardziej odchodzą od monotonnego stylu zespołu - „The Demon's Name Is Surveillance” (niezależnie od faktu, iż ten utwór również jest niesamowicie monotonny, opiera się on na riffie raczej odbiegającym od tych najbardziej typowych dla Meshuggah) oraz „The Hurt That Finds You First” (ta kompozycja jest dla mnie z kolei zbyt thrashowa). A nagraniem, które jako pierwsze przykuło moją uwagę, było „Marrow”. Główny schemat rytmiczno-melodyczny, na jakim się ten utwór opiera najbardziej przypomina motywy z „Catch 33”. Ogólnie rzecz biorąc kolejne utwory z „Kolossa” robią na mnie niemałe wrażenie i, mimo ich przewidywalności, przykuwają moją uwagę. Kiedy jednak spoglądam na tę muzykę czysto analitycznie, mam świadomość, że proces tworzenia jej nie jest już zwykłą kompozycją, ale znacznie mniej wymagającym ‘układaniem’ i, że kolejnych takich albumów może powstać jeszcze bardzo wiele. Z racjonalnego punktu widzenia trudno mi więc nazwać taką praktykę inaczej, niż wydawanie kolejnych produktów. Ale czy, podsumowując, ‘składanie’ muzyki, ze świadomością, że forma ‘klocków’ niemal zapewnia, iż będzie ona po prostu dobra, zbliża Meshuggah do stworzenia produktu idealnego?

Na chwilę obecną wydaje mi się, że „produkt idealny” to trochę za duże określenie na tę sytuację, ale problem, jaki obserwuję na swoim przykładzie zmusza mnie do zrewidowania swoich poglądów na tworzenie muzyki. Zaczynam bać się o muzykę przyszłości.

P.S.:
Produktem idealnym z pewnością byłby dla mnie „Koloss”, gdyby był bardziej spójny, a najlepiej wszystkie nagrania na nim połączone ze sobą. I gdyby „Marrow” nie kończył się wyciszeniem, a był rozwijany jeszcze przez kolejne pięć, albo dziesięć minut. Wtedy to już wszystko by mi się podobało.

Inne teksty tego autora: