Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

2012: Odyseja Botaniczna

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2012-06-01
Kiedy patrzymy na drzewo, widzimy zaledwie kilka konarów skrytych w zielonej gęstwinie. Poza biologami i wielbicielami ogrodnictwa, niewielu widzi w tym florastycznym wykwicie, coś więcej. A przecież drzewo kryje w sobie cały świat. Krainy listowia, plątaniny korzeni, rzeki soku, plantacje słonecznych baterii.

Te niezwykłe obszary, niedostępne dla niewtajemniczonych, laikom postanowiło przybliżyć studio Amanita Design, odpowiedzialne za słynne gry point&click – serię „Samorost” i obsypane nagrodami „Machinarium”. Czesi uzbroili swe oczy w szkła mikroskopowe i kawałek po kawałku zbadali mikrokosmos drzewnego świata. Ich wrodzony zmysł humoru i szalona wyobraźnia przefiltrowały zaś wszystko tak, by każdy mógł zagłębić się w ten niezbadany obszar.

To jest Pan Żołądź, bohater drzewiastej odysei, Botaniculi. Pan Żołądź pomimo głównej roli w zgotowanej nam przez Czechów opowieści, nazbyt heroiczny nie jest. Nie nazwałbym go tchórzem – facet po prostu nie do końca wie, co ma robić – kieruje się przeczuciem. A raczej to nim steruje mistyczna moc świetlistej kulki, którą wchłonął by uratować swój świat.

Z kim Żołądź ma walczyć?

Oto okrutny Adwersarz, czarna kula na wiciowatych nogach, która postanowiła skonsumować drzewo i jego mieszkańców, spić nektar i soki życiodajnych arterii oraz siać zamęt i zniszczenie. Pająk cień, mroczna materia, uosobienie entropii – bądź cokolwiek złego i ohydnego. Nazwy, jak i dokładnej genezy nikczemnej kuli nie poznamy, ponieważ istoty pomieszkujące na drzewie porozumiewają się jedynie w ichnich narzeczach. Dla naszej wygody, autorzy gry łaskawie ujawnili w komiksowych dymkach symboliczne wyobrażenia ich słów.

Wśród tych szwargoczących, bzyczących, pluskających i gulgających mieszkańców, najwięcej czasu poświęcimy na obserwację tej oto wesołej kompanii. Od lewej poczynając: Pani Grzybek, Pan Piórek, Pan Latarenek i Pan Ździebełek. Towarzyszą oni Żołędziowi w jego szlachetnej krucjacie przeciw mrocznej sile. Biegną rozradowani za jego krokami, nieraz ratując jemu i sobie nawzajem skórę. Szkoda, że te momenty są dosyć proste do rozgryzienia: wystarczy kliknąć na odpowiedniego z herosów. Ilość prób jest nieskończona, a konsekwencje zwyczajowo zerowe – więc zagadek tych, których jest całkiem sporo, w sumie zagadkami nie sposób nazwać. To jedynie animowanie poczynań naszej wesołej ekipy.

Zresztą jeśli coś zarzuciłbym opowieści o Żołędziu, to właśnie prostotę. Broń Boże prostactwo – ale jednak. Tutaj nie ma wysublimowanych zagadek Machinarium (choć z czasem robi się coraz trudniej, a podróż po systemie korzeniowym może zabić ćwieka), ale chyba nie to było celem ludzi z Amanity. Zredukowany do granic możliwości interfejs, nastawienie na zabawowość świata gry, mnogość interakcji mówią otwarcie: to jest gra w opowiadanie świata, nie w łamanie głowy.

Amanita wykorzystała przygodówkowy szkielet do stworzenia interaktywnego, cudacznego obszaru, wyrwanego wprost z sennych rojeń. Chwytami specyficznymi dla gier przygodowych, opowiada historię o zupełnie obcym świecie. Nie tyle nawet historię, ona opowiada TEN świat. Pokazuje go poprzez interakcję.

Będziecie zdumieni tym, jak rozległy jest drzewny kraj wyobraźni, jak pełen jest kolorów, dźwięków (warto tu nadmienić, że za ścieżkę dźwiękową, jak i wszelkie odgłosy odpowiedzialny jest znamienity post-folkowy zespół DVA) i niesamowitych zjawisk.

Czechom udała się rzecz niesłychana. Otóż ich cyfrowa kreacja żyje. Tętni. Pulsuje. Oni naprawdę zabierają nas w podróż do innego świata. Prawdziwego – mimo że u podstawy zbudowanego z zer i jedynek. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiej organiczności ze strony cyfrowej kreacji. To dowód na to, że historia gier komputerowych jest dziedziną małych grup zapaleńców i indywidualistów. To tam, nie w molochach skoncentrowanych na serializacji, dokonują się kolejne przełomy popychające rozwój gier do przodu.

Osobiście uważam Botaniculę, mimo zarzucanej jej przez gameingowych ortodoksów prostoty, za najlepsze dzieło czeskich przygodówkowiczów. Od początku, do końca stawiające sobie za cel przedstawienie nam obcego, czarującego, intrygującego środowiska, w które uwierzymy. I to się udało w każdym calu. Patrząc na botaniczną odyseję Żołędzia i jego ekipy, czuję ich bijące na zielono serca.

Inne teksty tego autora: