Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Kwaidan, czyli opowieści niesamowite

Napisane przez: Zaratustra , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2012-07-01

Każdy kraj ma swój własny folklor, dziedzinę ludowej kultury, gdzie gromadzone są pradawne zwyczaje, zabobony czy wierzenia - zwykle na przekór kulturowym unifikacjom. Klasyczne opowieści grozy z duchami w rolach głównych są stałym elementem każdego folklorystycznego repertuaru - w Japonii rodzime opowiadania o duchach i innych zjawiskach nadprzyrodzonych określane były niegdyś terminem "Kwaidan". Termin ten, który dosłownie oznacza "opowieść o duchach", spopularyzowany został na zachodzie przez Lafcadio Hearna w wydanej w 1903 roku książce "Kwaidan, czyli opowieści niesamowite". Hearn był pisarzem-kosmopolitą, który przed ukończeniem czterdziestego roku życia, zafascynowany japońską kulturą, postanowił osiąść na stałe w Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie dokonał m.in. pierwszych rzetelnych opisów Japonii ery Meiji. "Kwaidan", który uważany jest powszechnie za najwybitniejsze i najbardziej znaczące dzieło w dorobku Hearna, został zekranizowany 60 lat po jego śmierci przez będącego u szczytu swojej kariery Masakiego Kobayashiego, twórcę pamiętnego "Harakiri” (film opisywany był szerzej w poprzednim numerze „Gateway”).

Kobayashi postanowił przenieść na język filmu jedynie cztery mroczne opowieści, segregując je między innymi według tempa narracji. Charakterystycznym elementem kina Kobayashiego jest wydłużanie zwykłych scen, szczególnie w pierwszej połowie filmu, po zakończeniu której tempo stopniowo zaczyna wzrastać, gromadząc jednak cierpliwie całe napięcie aż do finału. W „Kwaidanie” zadanie było utrudnione, ponieważ każde z opowiadań mogłoby stanowić integralny średniometrażowy film, z początkiem i zakończeniem, a jedynym spoiwem prezentowanych opowiadań jest obecność zjaw spoza materialnego świata. Kobayashiemu udało się jednak stopniować napięcie poprzez dobór coraz bardziej rozwiniętych tematów – na koniec pozostawiając historię bardziej przewrotną niż wszystkie, jakich widz mógł się spodziewać.

Zaczyna się więc od opowieści prostych, do których można się początkowo nieco zniechęcić: „Czarnowłosa” opowiada o samuraju z Kioto, który pozostawia swoją piękną i oddaną żonę dla wygody i bogactwa u boku innej kobiety. Z czasem zaczyna rozumieć, że brakuje mu miłości, której miał pod dostatkiem przed uzyskaniem wielkich wpływów i majątku. Kierowany wyrzutami sumienia, postanawia powrócić do swojej żony, gdzie odkrywa, że nic nie uległo zmianie – ale tylko pozornie. Druga historia, „Pani śniegu”, opowiada o młodym drwalu, który wraz ze swoim mistrzem, Mosaku próbuje przetrwać wielką śnieżycę schroniwszy się w szałasie. Schronienie okazuje się złudne, ponieważ mistrz ginie, zabity przez tajemniczą „Panią śniegu”, która postanawia oszczędzić życie młodego drwala, ale pod warunkiem, że nigdy nikomu nie opowie o tym, czego był świadkiem. Jak nietrudno się domyśleć – młodzieniec nie jest w stanie zachować tajemnicy na zawsze. Obie historie są jedynie rozgrzewką dla Kobayashiego – zasianiem nastroju grozy, wyczuciem teatralnego, mocno estetyzowanego i turpistycznego nastroju. Reżyser rozwija skrzydła od trzeciej, najdłuższej historii „Hoichi Bez Uszu”, opowiadającej o utalentowanym muzycznie niewidomym młodzieńcu, adepcie buddyjskiej świątyni, postawionej na cześć wielkiej i tragicznej bitwy z XII wieku. Nikt tak pięknie jak Hoichi nie potrafił śpiewać i grać o owych wydarzeniach – czym zjednał sobie sympatię duchów, uczestników tamtej bitwy. Od tej pory, co noc Hoichi będzie po kryjomu wędrował wraz z duchem samuraja do świątyni, aby przed uczestnikami bitwy wykonywać ten utwór na swojej biwie. Nie spodziewa się jeszcze, jak wielkie niebezpieczeństwo na siebie ściągnął. I wreszcie ostatnia historia „W czarce herbaty” opowiada o samuraju, który pewnego spokojnego poranka odkrywa w odbiciu swojego napoju tajemniczą twarz, co zapoczątkuje całą serię problemów.

Strona fabularna, zważywszy, że opowiadania oparte są na gawędach ludowych, nie stanowi o najmocniejszej stronie „Kwaidana”, jest nią natomiast sposób, w jaki owe historie zostały opowiedziane. Kobayashi znalazł przepis na opowiedzenie mitologii i legendy, który nie może być zastąpiony w żaden lepszy sposób. Reżyser, idąc śladem niemieckich ekspresjonistów, wykreował od podstaw plastyczną wizję opowiadanej historii, kontrastując ze sobą kolorowe baśnie z opowieściami grozy. Składa się na to pewna teatralność, przesiąknięta turpizmem i oniryzmem, ręcznie malowane tła oraz wszędobylska nienaturalność, przed którą reżyser nie ucieka. Przeciwnie, powoli oprowadza widza po swoich wykreowanych, nierzeczywistych światach, uwodząc zharmonizowanymi kolorami i ekspresją, zaczerpniętą z teatru kabuki. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie scena, kiedy Hoichi, z pomocą swoich kompanów, próbował „ukryć się” przed duchem samuraja. To jedna z najlepszych scen filmowych, jakie widziałem w życiu.

Zastanawia mnie szereg podobieństw „Kwaidania” do powstałej dokładnie w tym samym roku ekranizacji „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Choć opowiadania u Kobayashiego nie są ze sobą powiązane fabularnie, a jedynie tematycznie, ciężko nie zauważyć pewnej szkatułkowości, która w „Rękopisie...” rozpisana została na rekordową liczbę poziomów. „Kwiadan”, podobnie jak „Rękopis...” opowiadany jest w ten sam sposób, jako „historia w historii”, która z kolei poprzedzona jest jeszcze inną opowiadana historią, co szczególnie widać w trzeciej opowieści. Opowiadania w „Rękopisie” spięte były ze sobą jednak postacią Alfonsa Van Vordena – „Kwaidan” sprowadza wszystkie historie do motywu kary za swoje uczynki. Oba filmy charakteryzują się bardzo podobnym przeplataniem się ze sobą światów materialnych i niematerialnych, w których zawarty jest pewien komizm i dystans, który tak bardzo urzeka w stylowym dziele Wojciecha Hasa. Kobayashi miał jednak jedną, bardzo dużą przewagę kręcąc „Kwaidana” – mógł kręcić swój film w kolorze. To właśnie mnogość barw jest pierwszą rzeczą, która przychodzi na myśl wspominając filmowy obraz Masakiego Kobayashiego.

Wad w filmie mogą się doszukać głównie czytelnicy Lafcadio Hearna. Kobayashi zrezygnował z szeregu symboli i detali, którymi wypełnione były opowiadania, sam film z kolei w znaczniej mierze nastawiony został na potęgowanie nastroju grozy, na wzór opowiadań Edgara Allana Poego. Cztery opowiadania to zresztą było maksimum, jakie mogła znieść taśma filmowa – zważywszy na styl Kobayashiego, niemożliwe było zekranizowanie wszystkich opowieści jako jednej całości. Wyszedłby z tego film znacznie dłuższy od samego „Szatańskiego Tanga” Béla Tarra!

Mimo tego, wszystkie opowieści zawarte w filmie złożyły się na film nieprzeciętnie rozwlekły, i nawet pomimo prostoty opowiadanych historii „Kwaidan” jest dziełem przeznaczonym dla wyrobionej i ambitnej widowni. Choć minęło już niemal pół wieku od jego premiery, a film nadal zachwyca swoją estetyką oraz chłodem, który pozostaje przy widzu na długo po zakończeniu obrazu, tempo narracji może być ciężkie do przyswojenia dla wielu widzów.

W „Opowieściach niesamowitych” kryje się klucz do zrozumienia japońskiego sposobu myślenia, w którym wierność tradycji, przysięga i honor stanowią największe świętości. Kobayashi kolejny raz udowadnia, że prostota środków, góruje nad komputerową lichotą, na bazie której zapewne film powstałby dziś. Drugi raz takie dzieło jak „Kwaidan” nie powstanie już nigdy.

Inne teksty tego autora: