Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Rękopis znaleziony i zagubiony

Napisane przez: Zaratustra , Rodzaj: Artykuł , Dodane: 2012-07-01

Nie potrafię przypomnieć sobie, kiedy to dokładnie miało miejsce, ale na pewno byłem jeszcze dzieciakiem, który dopiero co wyrósł z bajek dla dorastających chłopców. Była ciemna noc, zegar dobijał do północy, rodzice spali jak zabici: kiedyś był to znak w niejednym domu, że można trafić na dobre filmy w telewizji. Oczy mi łzawiły, bo światło musiało być wyłączone, a kineskop musiał być nastawiony bardzo jasno, z powodu uporczywego ściemnienia się obrazu od czasu do czasu. No i jeszcze dźwięk słyszałem tylko dzięki słuchawkom z krótkim kablem: w tych spartańskich warunkach rozpoczął się długo wyczekiwany przeze mnie pokaz telewizyjny "Rękopisu znalezionionego w Saragossie" Wojciecha Hasa. Prawdopodobnie nigdy bym tego filmu jednak nie obejrzał, gdyby nie rekomendacja mojej siostry, że po "Sanatorium pod Klepsydrą" czuła się „jak po zażyciu LSD”. Rekomendacja zadziałała wyjątkowo skutecznie; założyłem, że skoro „Sanatorium...” jest tak wyjątkowe, to „Rękopis...” może być tylko lepszy.

„Bohater ma zacząć myśleć, i gra toczy się o to, jak będzie myślał. Wszystko ma dwie interpretacje: mistyczna, magiczna filozofia Kabalisty ściera się z humanistycznym materializmem Matematyka. Wybierać musi nie tylko van Worden - wybiera widz” – tłumaczył swój film Wojciech Has. I będę szczery – bardzo niewiele za pierwszym razem zrozumiałem z „Rękopisu”. Delektowałem się wisielcami i wisielczym humorem, zjawami, dysputami mistyków i uczonych nad naturą rzeczywistości, metafizyczną podróżą van Wordena, pięknie ukazaną Hiszpanią i szkatułkową konstrukcją, która była dla mnie czymś absolutnie świeżym i odkrywczym. Trzygodzinny film obejrzałem jednym tchem, i to pomimo faktu, że – przyznaje się bez bicia - w trakcie drugiej części filmu pogubiłem się w mnogości wątków i historii na ekranie całkowicie. Dopiero przy następnym pokazie dotarło do mnie, że wszystkie peany na temat reżysera wypowiadane przez moją siostrę były nie tyle prawdziwe, co wręcz niewystarczające. Od tego czasu wykreowane światy z filmów Wojciecha Hasa nie opuszczały mnie ani o krok razem z kolejnymi częściami jego jednej i tej samej opowieści.

Wprawdzie nie wiem, jak to jest po zażyciu wspomnianych wcześniej „substancji psychoaktywnych”, ale wiem, że podobną przynętę jak ja połknęło wiele osób znacznie wcześniej ode mnie. Tak wiele, iż można nawet zasugerować, że Has podzielił zbliżony los do Kubricka, któremu hipisi uratowali przed zapomnieniem "Odyseję kosmiczną", kiedy film miał być ściągany z ramówek kinowych. "Rękopis…" rozpowszechniano wśród amerykańskiej, znarkotyzowanej bohemy na Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, puszczając go w kampusach i lokalnych kinach, obok filmów Lyncha, Romero czy Jodorowskiego. Pewnego razu, w takim właśnie filmowym towarzystwie, gitarzysta zespołu Grateful Dead, Jerry Garcia, obejrzał dzieło Hasa po uprzednim zażyciu omówionej już w tym artykule „substancji psychoaktywnej”. Ten moment zapoczątkował cały ciąg zdarzeń, który ostatecznie złożył się na coś na kształt „kolejnego życia” filmu na zachodzie.

Jako, że wersja „Rękopisu”, która była wtedy puszczana nie była kompletna – w oryginale film trwa trzy godziny, a w hipisowskiej komunie w San Francisco wyświetlana była wersja skrócona o godzinę - Garcia uparł się, aby obejrzeć i mieć na własność pełną wersję filmu. W tym celu skontaktował się z Berkeley Pacific Film Archive, zlecając kupno pełnej wersji bezpośrednio od agenta Hasa w Paryżu. Has był tą sytuacją podobno bardzo rozbawiony, jak wspomina Maria Kornatowska z łódzkiej filmówki „Jego zdaniem Garcia chciał wykorzystać film jako podkład pod swoje narkotyczne zwidy. Ze względu na labiryntową strukturę i zapętloną narrację świetnie się do tego nadawał”. Zlecenie zostało prawie zrealizowane, „prawie” robiło wielką różnicę: raz, że wysłano mu wersję o pół godziny za krótką, a wersja reżyserska była w dyspozycji jedynie reżysera, dwa, że w przeddzień odbioru przesyłki Garcia zmarł na atak serca.

Ten nieoczekiwany zbieg okoliczności okazał się przełomowy dla „Rękopisu…” w Stanach Zjednoczonych. Martin Scorsese i Francis Ford Coppola, którzy przyjaźnili się z Garcią, postanowili doprowadzić do amerykańskiej premiery filmu, dedykując ją zmarłemu muzykowi. Dla nich ten film nie był niczym nowym: obaj znali dzieło Hasa jeszcze z czasów rewolucji obyczajowej; warto też nadmienić, że zarówno Coppola jak i Scorsese znani są do dziś z wielu akcji mających na celu ratowanie starych filmów przed zniszczeniem. W przypadku "Rękopisu" kopia filmu została ściągnięta z łódzkiej filmówki, i na jej bazie wykonana została rekonstrukcja cyfrowa. Do szerokiej dystrybucji film trafił w 1997 r., a pięć lat później obraz pojawił się na DVD w ramach serii "Martin Scorsese i Francis Ford Coppola prezentują". W naszym kraju na rekonstrukcję cyfrową trzeba było czekać jeszcze niemal dekadę, wykonano ją dopiero w Domu Postprodukcyjnym The Chimney Pot w Warszawie, 11 lat po śmierci reżysera.

Koniec lat 90 zaowocował licznymi reedycjami filmu na całym świecie. O „Rękopisie” w pochwałach zaczęli się wypowiadać tak znani artyści jak Pedro Almodóvar, Lars Von Trier, David Lynch, Harvey Keitel czy Neil Gaiman. Mijałbym się z prawdą, gdybym napisał, że „Rękopis…” został niejako odkryty przez artystyczną śmietankę dopiero po trzydziestu latach od premiery; ponieważ jako pierwszy swój podziw wyrażał już Louis Buńuel, który sam przymierzał się do zaadoptowania powieści Jana Potockiego, ale zrezygnował z tego pomysłu po obejrzeniu filmowego dzieła Hasa. W swojej autobiografii wyraźnie zaznaczył, że jest to jeden z jego ulubionych filmów, o czym świadczy też fakt zakupienia go do prywatnej filmoteki hiszpańskiego reżysera.

Żeby w pełni rozsmakować się w adaptacji dokonanej przez Hasa, nie można oderwać „Rękopisu…” od innych jego obrazów. Wojciech Has to wielka indywidualność w dziedzinie reżyserii filmowej. Reżyser ten tworzył kino autorskie, silnie naznaczone jednolitym stylem oraz powtarzającymi się motywami, spełniającymi symboliczną wartość. Has kreuje świat, który jest na poły z jawy i snu, wrzucając do niego bohatera podobnego do niego samego: outsidera, błąkającego się po labiryncie pełnym czyhających pułapek. Bohater Hasa często wygląda przez okno i patrzy na zegarek, lub zagląda do uczonych ksiąg: zawsze zdając sobie sprawę z nieuchronności śmierci i absurdu swojej wędrówki. Z drugiej strony „Rękopis...” - i nie tylko ten film - nie może być traktowany w pełni serio. Zasadą u Hasa jest odważna gra konwencją, często do tego stopnia, że można go uznać za swoistego prekursora tworzących później gniewnych reżyserów, takich jak np. Jim Jarmusch czy David Lynch. Był to też twórca odważny w doborze samych tematów do filmów: zarówno „Rękopis” Potockiego jak i np. „Sanatorium pod Klepsydrą” Brunona Schulza sprawiają wrażenie utworów wręcz nieprzenaszalnych na filmowy ekran. Przeglądając filmografię Hasa, można odnieść wrażenie, że szukał on właśnie takich utworów, które możliwe są do przeniesienia tylko dzięki połączeniu ich z własną, oryginalną artystyczną wizją filmową.

Z wyzwania, jakim była powieść Potockiego, można było wyjść zwycięsko wyłącznie przez odbiegnięcie od sporej części elementów z powieści – należało też dograć ze sobą wszystkie kawałki w taki sposób, aby baśniowo–oniryczny świat był jednocześnie i swawolny i straszny. Film łączy ze sobą widowiskowość z intelektualnym wyzwaniem, co jest w kinie dosyć rzadko spotykanym zestawieniem. Pozostaje pytaniem bez odpowiedzi, czy Has mógł wykorzystać w filmie kolor, podobnie jak bliski mu filmowym duchem Masaki Kobayashi w „Kwaidanie” – w każdym razie sposób, w jaki reżyser operuje światłem i kontrastem, budzić musi najwyższy zachwyt. W filmie Hiszpania jest najbardziej hiszpańska jak tylko się da, skaliste plenery w Ojcowie sprawiają wrażenie niekończącego się pustkowia – gospody, jaskinie czy zamki judzą wrażeniem bajkowości, by zaraz przebudzać widza ze snu obrazem wiszącego wisielca z przekręconym karkiem. Wszystko w tym filmie idealnie ze sobą współgra: genialne kostiumy i scenografia idą w parze z wybitnymi kreacjami aktorskimi Cybulskiego, Niemczyka, Holubka, Kobieli, Matlakiewicza, czy Cembrzyńskiej, którzy doskonale wyczuli nie do końca poważną wymowę „Rękopisu”.

Największym wyzwaniem był jednak scenariusz. Potocki, który pisał swoją powieść przez kilkanaście lat do tego stopnia skomplikował swoje dzieło, że przeniesienie wszystkiego na ekran było wyczynem niemożliwym: pamiętać należy, że sztuka filmowa rządzi się innymi prawami niż literatura. Has pominął wiele wątków z powieści, ale najodważniejszym zabiegiem była dopiero zmiana zakończenia w stosunku do pierwowzoru literackiego. Jako, że „Rękopis” jest jednym z najważniejszych dokonań epoki oświecenia, Potocki postawił na zakończenie racjonalne, domykając i tłumacząc wszystkie wątki – Has z kolei dał widzowi wolną rękę w interpretacji – nie wiadomo więc, czy bohater miał do czynienia z duchami i nadprzyrodzonymi siłami, czy też wszystko jest wytworem jego wyobraźni.

Pozostaje pytanie, dlaczego film nie zdobył takiego uznania w Polsce jak zagranicą? Często przytaczaną odpowiedzą jest opinia zaczerpnięta z francuskich recenzji, jakoby „Rękopis…” był „najbardziej niepolskim z polskich filmów.” Z tak postawionym stwierdzeniem zgodzić się nie mogę – musiałbym uznać, że „Żywot Mateusza”, „Zezowate Szczęście”, „Magnat”, czy wiele innych filmów nie prezentuje poziomu wielu zachodnich arcydzieł, często nawet przebijając najgłośniejsze zagraniczne tytuły. Powód zlekceważenia filmu jest moim zdaniem bardziej prozaiczny: uznano, że do tego stopnia „udziwniony” film nie jest potrzebny w gomułkowskiej Polsce. Wzięciem cieszyły się rozrachunki z polską historią, zwykle przedstawianą w wybiorczo złym świetle, jak we wczesnych filmach Munka czy Wajdy. Zapomnieniu filmu towarzyszyło zapomnienie, jakie spowiło osobę samego reżysera. To, czy powodem był brak mieszania się Hasa w sprawy polityczne, czy brak dopuszczania dobrego zdania o kulturze z czasów PRL-u, czy może długa – przymusowa zresztą – przerwa w kręceniu filmów twórcy, pozostaje sprawą otwartą. Ale to, że „Rękopis” nigdy nie znalazł się na ekranach największych festiwali filmowych na świecie - nie zdobywając przy tym żadnej nagrody - nie jest do pojęcia w żaden sposób.

Patrząc z perspektywy czasu, być może gdyby nie arcydzieło Wojciecha Hasa całkiem inaczej potoczyłoby się moje życie – nie oglądałbym tyle filmów, miałbym takie samo zdanie o polskim kinie, co wszyscy, nie brałbym się za stare książki, nie współtworzyłbym teraz magazynu „Gateway”, i tak dalej. To właśnie „Rękopis” był jednym z tych filmów, od których zaczęła się moja przygoda z kinem na poważnie, a wraz z nią moja skromna walka o dobre imię szarganej polskiej kultury. Całe moje życie wywróciło się do góry nogami, przez ten jeden, stary, długi, czarno-biały film, i naprawdę nie ma w tym stwierdzeniu cienia przesady. Adaptacja Hasa jest i pozostanie jednym z największych dokonań polskiego kina, i zarazem jednym z najlepszych filmów wszechczasów.

Inne teksty tego autora: