Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Phiedaux & Mogon promotional issue

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2012-07-01

Po raz kolejny, ni z tego ni z owego Phideaux wypuszcza niepozorną płytę, która wstrząsa moim złaknionym nowego, muzycznym uchem. I po raz kolejny miast zapewnić mi nowe doznania, serwuje coś totalnie zachowawczego, tradycyjnego, rdzennego do bólu. I znowu też, odnosi tym sukces większy niż wszyscy muzyczni rewolucjoniści.

Okay…

Phideaux & Mogon promotional Issue to płytka wydana w nakładzie zaledwie 500 egzemplarzy, odziana jedynie w kartonową kopertę. Dostać ją można chyba tylko na progrockowych festiwalach, na których gości zespół. Jednak nie martwcie się, każdy, kto chce, może ją pobrać za darmo ze strony Bandcamp, bądź (do czego zachęcam), zapłacić za nią ile tylko zechce.

Płyta to w teorii promo – album kompilacyjny, zawierający pokazówkę możliwości zespołu. Ale Phideaux Xavier potraktował sprawę trochę poważniej, umieszczając na krążku rzeczy wcześniej dostępne tylko cyfrowo, bądź niedostępne w ogóle. Nagrania siłą rzeczy różnią się w jakości, część to już profesjonalne mixy, kilka zostało zgranych wprost z występów na żywo, jest też utwór zagrany po prostu za pierwszym podejściem, niejako z czapy (a pamiętać należy, ze dla Phideaux to nie nowość – wydali wszak „313. Mastered.” Stworzone i nagrane w jeden dzień).

Promotional Issue jest też niejako wprowadzeniem do nowego zespołu Xaviera, Mogon, a prezentuje się on niejako mniej rozbuchanie, mocniej, konkretniej. I ponoć w przeciwieństwie do Phideaux, powstał z myślą o występach na żywo. Warto trzymać za to przedsięwzięcie kciuki.

You couldn’t ask for anything more!

Co mamy więc na płycie?

01 – Thank You For The Evil
02 – Tempest of Mutiny
03 – Strange Cloud
04 – Out Of The Angry Planet
05 – Chupacabras
06 – Snuff
07 – The Chairs
08 – The Wind Never Dies

Osiem kawałków. Osiem naprawdę dobrych kawałków, dodajmy!

Zacznijmy od początku, czyli od „Dziękuję Za Twoje Zło” z pamiętnego „Popołudnia Zagłady”- piosenka wyrwana z kontekstu koncepcyjnego albumu, nadal robi wrażenie. Pomimo, że podpisana jest jako jakiś nowy remix, na moje ucho specjalnych różnic nie słychać. Dla osób nieobeznanych z Phideaux, na pewno będzie to coś dużego, jednak jak dla mnie – stanowi jedynie intro do konkretniejszej jazdy.

„Tempest of Mutiny” i „Strange Cloud” lata sobie po internecie to w tą, to w tamtą stronę, oba tracki są częściami większych kompilacji różnych artystów – jedna dotyczyła “Boskiej Komedii”, druga “Piratów”. „Tempest” wybija się tu na prowadzenie, przywodząc na myśl połączenie Camel i Van Der Graf Generator, z niesamowicie chwytliwą melodyką. Jak nic pasuje do pirackiego życia. „Dziwna chmura” jest nieco w cieniu, ale jej mocniejsze, męskie uderzenie i motoryczny riff mogą również przyprawić progrockersów o kilka milszych bić serducha.

„Out of the angry planet” i „Chupacabras” to nagrania koncertowe – pierwsze to dla mnie gwiazda tego zestawu. Mocne apokaliptyczne uderzenie, wspaniała dynamika i interesujący tekst opiewający losy jakieś kosmicznej potyczki jak mniemam, doprawione precyzyjnymi wokalizami – piorunujące wrażenie. „Chupacabras” to nieco starszy kawałek, 20 minut progerskiej jazdy i mówiąc szczerze, chyba nawet lepszej niż na wersji albumowej. Człowiek naprawdę żałuje, że go tam nie było.

Potem czas na Mogon. O charakterystyce tego projektu już pisałem. Kawałki mi się podobają, choć mam nadzieję, że Phideaux nieco nad nimi jeszcze popracuje. „Snuff” nieco nazbyt przywodzi melodyczne skojarzenia z wzmiankowaną już tu „chmurką”, a The Chairs to właśnie kawałek zagrany na żywca, na modłę floydowskich improwizacji – czegoś w nim chyba brakuje. Może to przez uporczywie powtarzany tekst?

Płytę zamyka kompozycja niepodpisana ani przez zespół „P”, ani „M” – „The Wind That Never Dies”. Wiele szczególnego nie da się o niej powiedzieć. Być może to zapowiedź nowego albumu Phideaux, „Infernala”?
Kto wie?

Last survivors…

Phideaux, Mogon, czy inny projekt - Xavier na zawsze chyba pozostanie już mistrzem swojego fachu. Dla mnie samego zadziwiające jest, jak wielkim obdarzam go zaufaniem. Może to dla tego, że konsekwentnie stawia na szczerość. Coś, co w dobie wielkich kalkulacji, jest zgoła niespotykane. Siedzi cichutko, gdzieś między gigantami współczesnej progresji, na chłodno wyliczającymi ile uda im się uszczknąć z tortu sukcesu – przez tą swoją małość, przez tą świadomość swoich ograniczeń wiedzie mu się znacznie lepiej. Jego muzyka płynie od serca do serca, nie siląc się na walkę z banałami lub przełamywanie barier szybkości i technicznej precyzji.

Kiedyś, kiedy przeminie epoka Dream Theather, Toola, Mars Volty i innych pseudo innowatorów, hałaśliwych i nadmuchanych ponad wszelką miarę, pozostanie Phideaux. I mimo, że grupa kultywatorów jego dokonań nie będzie nazbyt liczna – ta muzyka nie zginie. Szczerość i pasja obronią się zawsze.

Inne teksty tego autora: