Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Sylvain Chomet

Napisane przez: Perotin , Rodzaj: Artykuł , Dodane: 2012-10-12
Piętnaście lat minie niebawem od momentu nominowania Sylvaina Chometa do Oscara za jego pierwszą krótkometrażową animację „Starsza pani i gołębie”. Dwa kolejne animowane, już pełnometrażowe dzieła, obsypane zostały deszczem nagród i zaskarbiły sobie uznanie wielbicieli nie tylko animacji, na całym świecie. Chomet nie osiada jednak na laurach i pracuje nad kolejnymi filmami. Niedawno producent Didier Brunner ogłosił, że pracują razem nad prequelem „Tria z Belleville”.

Przygodę z animacją zaczął po ukończeniu prestiżowej szkoły artystycznej w Angouleme. Wtedy jeszcze chciał tworzyć komiksy, nie interesując się robieniem filmów. Poszukiwania pracy doprowadziły go jednak do telewizyjnego studia, gdzie przez jakiś czas współtworzył niskich lotów animacje dla dzieci. W końcu zdecydował się na wyjazd do Anglii, licząc, że tam uda mu się znaleźć zatrudnienie w zawodzie ilustratora. Na miejscu nie znał jednak nikogo, na dodatek szybko przekonał się, że w Londynie nie brakuje naprawdę świetnych rysowników. Poradzono mu, by pokazał swoje prace w którejś z wytwórni animacji. W końcu został przyjęty do studia Richarda Purduma, gdzie kontynuował pracę z kreskówkami. Już po paru miesiącach postanowił się uniezależnić i wykorzystać zdobyte doświadczenie przy tworzeniu telewizyjnych reklam. Momentem przełomowym było obejrzenie Creature Comforts Nicka Parka na festiwalu w Annecy. Ta pięciominutowa animacja sprawiła, że zapragnął stworzyć własną kreskówkę. Osobą, która pomogła mu w rozpoczęciu kariery reżysera był Didier Brunner, czterdziestoletni wówczas producent, pragnący zaangażować się w tworzenie ambitniejszych filmów. Wspólnie zdobyli pieniądze potrzebne na rozpoczęcie pracy nad pierwszą niezależną animacją Chometa - „La Vieille dame et les pigeons”.

Akcja tego niespełna dwudziestopięciominutowego filmu rozgrywa się w Paryżu. Jej głównym bohaterem jest wychudzony żandarm desperacko próbujący zaspokoić nieustający głód. Kiedy w parku spostrzega staruszkę dokarmiającą ptaki, postanawia samemu przebrać się za gołębia i udać w odwiedziny do starszej pani. Już pierwsza scena obfituje w szczegóły, które pojawiać się będą we wszystkich kolejnych filmach Chometa i zadecydują o rozpoznawalności jego stylu. Od początku widoczne jest charakterystyczne wyolbrzymianie zarówno specyficznych cech charakteru postaci, jak i karykaturalne przedstawianie ich wyglądu zewnętrznego. Środki te stosuje Chomet zarówno przy konstruowaniu postaci istotnych dla fabuły, dzięki czemu są one niezwykle wyraziste i na długo pozostają w pamięci widza, jak i tych, które pojawiają się choćby przez kilkanaście sekund - w ich przypadku mamy na ogół do czynienia z karykaturą ogólnie znanych stereotypów (i tak, dla przykładu, Amerykanie będą zawsze ekstremalnie otyli, a Francuzi żywić się będą żabami). Kontrast dla nienaturalnej brzydoty bohaterów animacji Chometa stanowią geometryczne scenerie tworzone przez starannie oddaną architekturę i wnętrza w stylu Art déco. Efektem zastosowania takiego połączenia jest stworzenie świata nieco surrealistycznego, ale jednocześnie przyciągającego swym specyficznym pięknem.

„La Vieille dame et les pigeons” powstawało przez niemal dziesięć lat. Praca była wielokrotnie przerywana w poszukiwaniu funduszy na zrealizowanie kolejnych minut filmu, jednak kiedy ostateczny efekt został wreszcie zaprezentowany, okazało się, że był to wysiłek warty zachodu - film został dosłownie obsypany nagrodami. Świeżo upieczony laureat m.in. Césara i nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej, nominowany do Oscara Sylvain Chomet planował już jednak kolejny film. Początkowo razem z producentem Didierem Brunnerem rozważali wykorzystanie postaci Starszej Pani jako głównej bohaterki kolejnej, już pełnometrażowej animacji. Niedługo pomysł wyewoluował do wersji, w której główna bohaterka pierwszej animacji miałaby być tylko jedną z trzech sióstr - druga siostra byłaby zapaloną rowerzystką, ostatnia zaś, prowadziłaby motel w Quebeku. Opowieści o kolejnych siostrach miały stworzyć filmową trylogię. Ostatecznie jednak plan nie wypalił, gdyż uzyskanie pozwolenia jednego z koproducentów „La Vieille dame…” na wykorzystanie wizerunku Starszej Pani okazało się zbyt kosztowne. Mimo to Chomet nie chciał rezygnować z trojaczek. Pomysły powstałe przy planowaniu kontynuacji „Starszej pani i gołębi” zaadaptował do zupełnie nowej fabuły, której głównymi bohaterami zostali Madame Souza - niziutka portugalka z drewnianą nogą i jej osierocony wnuczek Champion. Zaś trzy siostry zostały w końcu triem szansonistek, co zadecydowało o ostatecznym tytule nowego filmu - „Trio z Belleville”

Pełnometrażowe „Trio…” powstawało od 1998 do 2003 roku, czyli dwa razy krócej niż poprzednia animacja Chometa. Niemniej zdaje się, że pierwsza animacja była tylko sposobem na zebranie doświadczeń przed stworzeniem znacznie bardziej dopracowanego i przede wszystkim dojrzałego dzieła. Nie brak tu, co prawda, istnie szalonych pomysłów (spośród których gra na lodówce, szprychach od rowerowego koła i odkurzaczu nie wydaje się być szczególnie nadzwyczajnym sposobem muzykowania), jednak dominującym nastrojem jest raczej nostalgia. Z początku wydaje się, że fabuła będzie prosta. Poznajemy małego Championa - wiecznie smutnego chłopca, którego babcia - Madame Souza stara się uszczęśliwić, kupując mu kolejne prezenty. Nic jednak nie jest wstanie rozweselić malca. Kiedy pewnego dnia Madame Souza odnajduje w pokoju Championa wycinki z gazet dotyczące kolarstwa, bez chwili wahania decyduje się na kupno roweru. Niedługo potem widzimy, jak dorosły już Champion bierze udział w Tour de France. Fabuła komplikuje się, gdy do akcji wkracza francuska mafia, która porywa grupę kolarzy, w tym także Championa. Tak rozpoczyna się fascynująca przygoda Madame Souzy, która rusza śladem wnuczka prosto do Belleville.

Belleville to miasto fikcyjne - powstało w głowie Chometa, jako ponura wizja ewolucji miast takich jak Montreal, czy Quebek, przekształcającej je w klony Nowego Jorku - wypełnione po brzegi ludźmi molochy, które napędzane są przez bezmyślną konsumpcję. Gdzieś na obrzeżach tego miasta, skromne, lecz beztroskie życie prowadzą starzejące się siostry - szansonistki z dawno zapomnianego, tytułowego Tria z Belleville. Postaci te ukazują niesamowity kontrast między amerykańskim a francuskim stylem życia, odznaczając się niezwykłym optymizmem i prostodusznością. Te i inne zderzenia kultur, jakie prezentuje Chomet, przedstawione w przezabawnie wyolbrzymiony sposób, budują niepowtarzalny klimat „Tria z Bellville”. Warto przy tym zwrócić uwagę na konglomerat odniesień do żywych symboli, którymi co chwilę wzbogaca fabułę Chomet. Już w pierwszej scenie pojawiają się kolejno Django Reinhardt (wirtuoz gitary, z niedowładem palców), Josephine Baker (popularna piosenkarka i tancerka wodewilowa), Fred Astaire (znany ze stepowania aktor musicalowy), czy Charles Trenet (autor niezliczonych przebojów francuskiej piosenki). Nieco później widzimy także Jacquesa Tati - fragment filmu „Jour de fête” z Tatim w roli głównej jest bezpośrednio przeniesiony do animacji. Pojawia się także akordeonistka Yvette Horner, a także Glenn Gould grający Preludium c-moll z bachowskiego Das Wohltemperierte Klavier. Ten utwór pojawia się w filmie jeszcze w dwóch innych wersjach - stworzonej przez Matta Herskovitza wersji jazzowej oraz jako solo na szprychy koła roweru w jednej z ciekawszych aranżacji nominowanej do Grammy piosenki „Belleville Rendez-Vous”, stanowiącej główny motyw muzyczny filmu. W tym momencie należy wspomnieć Benoît Charesta, autora muzyki do „Tria z Belleville”. Właściwie ciężko byłoby wyobrazić sobie „Trio…” z jakimikolwiek innymi kompozycjami. Muzykę tę wyróżnia wspaniałe wyczucie stylu i niezwykła integralność z poszczególnymi scenami. Poza tym poszczególne tematy dzięki swej wewnętrznej prostocie i częstemu powracaniu w odmiennych aranżacjach bardzo szybko stają się rozpoznawalne i pomagają w prowadzeniu fabuły. Można by wręcz rzec, że jednym z kluczowych elementów budujących sukces „Tria z Belleville” jest właśnie soundtrack.

Nieco ponad pół roku po premierze „Tria…”, zachęcony entuzjastycznym przyjęciem, i szeregiem przyznanych filmowi nagród i nominacji, Chomet rozpoczął pracę nad kolejną animacją. Akcja drugiego pełnego metrażu miała rozgrywać się w Paryżu, w roku 1870, kiedy pruskie wojska otoczyły miasto. Głównym bohaterem filmu miał być weterynarz paryskiego zoo, usiłujący uchronić znajdujące się tam zwierzęta, przed zdesperowanymi dziećmi, uciekającymi się do najstraszniejszych sposobów, by tylko zaspokoić głód w czasie, gdy ich ojcowie biorą udział w krwawej bitwie. „Barbacoa”, bo tak zatytułował ten film Chomet, niestety nigdy nie doczekała się ukończenia - projekt został zawieszony, gdyż reżyserowi nie udało się zdobyć funduszy na wyceniane na 10 milionów dolarów przedsięwzięcie. Kolejną inicjatywą, w jakiej wziął udział Chomet, była realizowana w technice 3D ekranizacja powieści Kate DiCamillo, „The Tale Of Despereaux”. Jest to historia pewnej nietypowej, mieszkającej w zamku myszy, raczej czytającej, niż jedzącej książki, która zakochuje się w ludzkiej księżniczce. Mimo pracy włożonej przez Chometa przy tworzeniu filmu (m.in. zaprojektowanie kilku postaci), reżyser postanowił wycofać się z projektu. Powodem decyzji była rozbieżność wizji francuskiego reżysera i producentów filmu na temat szczegółów scenariusza. Spodziewając się z początku większej swobody, Chomet zdecydował się zrezygnować z pracy przy projekcie, gdy okazało się, że producenci dyktują mu, jak ma reżyserować film. Innym bodźcem mającym niewątpliwy wpływ na taki krok Chometa były pochłaniające coraz więcej czasu prace nad „Iluzjonistą”, kolejnym, realizowanym przede wszystkim w tradycyjnej technice 2D niezależnym filmem.

Tym razem Chomet sięgnął po gotowy scenariusz. „Iluzjonista”, to właściwie niezrealizowany film Jacquesa Tatischeffa, francuskiego aktora, reżysera i scenarzysty komediowego. Do fascynacji Tatim Chomet przyznawał się już wcześniej, między innymi poprzez wykorzystanie fragmentu jego „Dnia świątecznego” w „Triu z Belleville”. Wcześniejszy kontakt z córką Tatiego, Sophie Tatischeff, nawiązany przy okazji starania o uzyskanie pozwolenia na wklejenie do „Tria…” urywków „Dnia świątecznego” tylko ułatwił Chometowi drogę do zdobycia scenariusza „Iluzjonisty”. Jako że Sophie nie wyobrażała sobie obsadzenia w roli głównej, przewidzianej dla jej zmarłego ojca, innego aktora, pomysł zrealizowania filmu, jako animacji spodobał się jej. Celem Chometa było ukazanie Jacquesa Tatiego takim, jaki był, nie zaś skopiowanie którejś z postaci z filmów, w których grał. Było to z resztą założenie związane z historią samego scenariusza. „Iluzjonista” był bowiem dla samego Tatiego dziełem bardzo osobistym. Film opowiada historię pewnego starzejącego się francuskiego magika, którego kariera zaczęła chylić się już ku końcowi. W wielkich miastach nikogo nie interesują już jego występy; by zarobić zmuszony jest więc jeździć po prowincjonalnych miasteczkach i wsiach. W jednej z malutkich szkockich miejscowości spotyka dziewczynkę imieniem Alice, która z dziecięcą naiwnością wierzy w jego iluzjonistyczne sztuczki. Powoli między dorastającą dziewczyną i starszym mężczyzną pojawia się niespodziewana relacja. Więź, która zaczyna ich łączyć jest czymś na kształt więzi córki i ojca. Zrealizowanie tego filmu miało być ze strony Tatiego czymś w rodzaju listu do jego nieślubnej córki, Helgi Marie-Jeanne Schiel, której artysta nie uznał. Historia o zaistnieniu silnej więzi między dwiema pozornie zupełnie obcymi i nie mającymi ze sobą nic wspólnego osobami była dla Tatiego tak naprawdę próbą ukazania tęsknoty za wchodzącą już w dorosłość córką, której nie mógł sam wychować.

Niemałym wyzwaniem była dla Chometa realizacja tego scenariusza. Jacques Tatischeff prywatnie, przeciwnie do odgrywanych przezeń postaci, był mężczyzną poważnym i niezwykle eleganckim. Taki też musiał być w wersji animowanej - nie mogło być mowy o stworzeniu postaci nienaturalnej, czy karykatury. Ostatecznie postać Chometa przypomina nieco Pana Hulot, bohatera, w którego Tati wcielał się czterokrotnie w swych ostatnich filmach. Szczególnie znajomy jest sposób poruszania się chometowskiego iluzjonisty, świetnie odzwierciedlający ruchy granej przez niespełna dwumetrowego Tatiego postaci. Równie problematyczne było stworzenie wiarygodnej Alice. Niezwykle ważne było przedstawienie procesu przemiany nastoletniej dziewczynki w młodą kobietę. Alice nie miała być od razu typowym bajkowym „pięknym dzieckiem”. Jej uroda powinna była raczej iść w parze z prowincjonalnym pochodzeniem, stąd gdy pierwszy raz ją widzimy, ukazuje się nam osóbka najzwyczajniej przeciętna, nawet brzydka. Dopiero z czasem widzimy stopniowe zmiany w jej wyglądzie.

Pierwotna wersja scenariusza przewidywała umieszczenie akcji w Pradze, jednak Chomet zdecydował się przenieść ją do Edynburga. Dawało mu to znacznie większe możliwości, co do wiernego przedstawienia miasta, jako że tam właśnie znajdowało się założone przezeń studio Django Films. Posługując się starymi fotografiami Chomet z niezwykłą pieczołowitością odtworzył edynburskie parki, architekturę, czy nawet autobusy. Dzięki temu jego wizja szkockiej stolicy z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku jest tak wiarygodna. Łagodne barwy poszczególnych scenerii odmalowanych jakby akwarelą stanowią jedność z równie stonowaną muzyką, którą tym razem Chomet postanowił skomponować samodzielnie. Jego soundtrack może nie jest już tak chwytliwy, jak ten stworzony przez Benoîta Charesta do „Tria z Belleville”, ale jest to w przypadku „Iluzjonisty” raczej zaleta, niż wada. Zilustrowana subtelną kreską, powoli snuta historia w połączeniu z tymi spokojnymi, nie narzucającymi się melodiami tworzą wspólnie dzieło istnie magiczne.

Na długo przed zakończeniem prac nad „Iluzjonistą”, miała miejsce premiera filmu „Paris, je t'aime”. Ten nietypowy projekt złożony jest z osiemnastu pięciominutowych miniatur autorstwa dwudziestu dwóch reżyserów z całego świata. Każdy z krótkich filmów łączy się z następnym wspólnym ujęciem, fabuła każdego rozgrywa się w kolejnej dzielnicy Paryża i każdy opowiada o miłości. Do nakręcenia własnej noweli zaproszony został również Sylvain Chomet. Miniatura zatytułowana „Tour Eiffel” jest pierwszym i jak na razie jedynym zrealizowanym przez niego filmem aktorskim. Jest to opowiedziana przez pewnego chłopca króciutka historia o tym, jak poznali się jego rodzice. Ta przesympatyczna miniatura utrzymana jest w atmosferze umowności przywodzącej na myśl skojarzenia ze światem animacji. Z resztą jedna ze scen „Tour Eiffel” odnosi się bezpośrednio do pierwszego, animowanego filmu Chometa „La Vieille dame et les pigeons”. Także ostatnia scena utrzymana jest w duchu typowym dla wcześniejszych filmów reżysera. Mimo to nowela ta daleka jest od, obecneych zwłaszcza na początku drogi twórczej Chometa mroku i groteski; utrzymana jest raczej w pogodnym nastroju podkreślanym przez równie pozytywną muzykę.

Kolejnym filmem współtworzonym na podobnej zasadzie, co „Paris, je t'aime” przez wielu reżyserów, w którym weźmie udział Sylvain Chomet będzie także „The Prophet”. Kierowane przez Salmę Hayek studio Ventanarosa Productions zajmie się wyprodukowaniem filmu, w którym udział wezmą także John Stevenson („Kung Fu Panda”), Marjane Satrapi („Persepolis”), Chris Landreth („Ryan”), Tomm Moore („Sekret księgi z Kells”), Nina Paley („Sita Sings the Blues”), Bill Plympton („Guard Dog”), Kunio Kato („Tsumiki no ie”), Roger Allers („Król Lew”), Mohammed Saeed Harib („Freej”) i Joan Gratz („Mona Lisa Descending a Staircase”). Szereg krótkich filmów oparty będzie na zbiorze dwudziestu sześciu poetyckich esejów autorstwa Khalila Gidrana. Kolejne teksty, to wypowiedzi tytułowego proroka, Al- Mustafy, mężczyzny, który dwanaście lat spędził w oczekiwaniu na statek, którym mógłby wrócić do domu. Gdy w końcu nadchodzi czas powrotu, Al-Mustafa zostaje zatrzymany przez ludzi, którzy w momencie pożegnania zaczynają zadawać mu pytania. Pytają proroka o miłość, samotność, smutek, radość, cierpienie, wolność, przemijanie, a on zatrzymuje się przy każdym, nawet najtrudniejszym pytaniu i z pokorą szuka odpowiedzi na te z pozoru oczywiste, a jednak tak trudne życiowe pytania.

„The Prophet” jest obecnie jednym z trzech projektów, nad którymi pracuje Sylvain Chomet. Drugi to ekranizacja opowiadania Lwa Tołstoja „Ivan the Fool”. Tytułowy Iwan to, charakteryzująca się wyjątkową niezdarnością postać zaczerpnięta z rosyjskich opowieści ludowych. Łagodny i dobroduszny Iwan nie jest traktowany zbyt poważnie i co raz staje się obiektem żartów. Tym razem na drodze Iwana staje Diabeł. Niebawem chłopak zyskuje niepowtarzalną szansę odwrócenia losu. Może sprawić, by ci, którzy dotąd się z niego naśmiewali, byli zależni od jego łaski. Jak poinformował Chomet „Ivan the Fool” będzie połączeniem animacji z grą aktorską. Premiera filmu planowana jest na rok 2015. W fazie pisania scenariusza jest jeszcze jeden film, nad którym prace w studiu Les Armateurs Chomet zamierza rozpocząć w przyszłym roku. Będzie to prequel „Tria z Belleville” zatytułowany „Swing Popa Swing”. Reżyser postanowił cofnąć się do młodości szansonistek z Tria. Zapowiedział, że nie będą to jedyne znane już postaci, jednak można przewidywać, że w nowym filmie nie znajdzie się zbyt wiele miejsca dla głównych bohaterów „Tria…” - Madame Souzy, czy Championa. Możemy za to liczyć na powrót do cechującego „Trio…” surrealistycznego humoru i fantastycznych zwrotów akcji.

Trzykrotnie nominowany do Oscara Sylvain Chomet dwa razy przegrał z produkcjami Disneya i raz z animacją Pixara. Coraz bardziej schematyczne produkcje krzemowych wytwórni dosłownie zabetonowały przestrzeń w świadomości większości odbiorców, zarezerwowaną dla kina animowanego. Mimo to Chomet nie poddaje się i po raz kolejny powraca do świata tradycyjnych kreskówek i żmudnej pracy rysownika. Pracy, która jednak za każdym razem przynosi efekty w postaci niepowtarzalnego dzieła, w które ktoś włożył swoją duszę.

Inne teksty tego autora: