Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Prometeusz: gdy kurz już opadł...

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Artykuł , Dodane: 2012-10-20

Kurz opadł…

Od premiery „Prometeusza”, ostatniego filmu Ridleya Scotta i zarazem preludium dla xenomorficznego uniwersum minęło już całkiem sporo czasu. Jest to okres na tyle długi, że dziś znajdujemy się w okresie wypuszczenia „Prometeusza” na rynek kina domowego, zaś sam reżyser oficjalnie zapowiedział jego sequel – domniemany „Paradise”.

Film stał się blockbusterową kontrowersją tego lata – podobnie jak niegdyś „Watchmen” Zacka Snydera - próbując pogodzić kino ambicji i masową rozrywkę, niestety nie znalazł uznania. Uznania, które w moich oczach, zwyczajnie należy się Scottowi i reszcie ekipy.

Niniejszy tekst jest próbą rekapitulacji , analizy i zsumowania doświadczenia jakim jest film „Prometeusz”. Podejmuję w nim się niełatwego zadania – chcę pokazać, że film który spotkał się z falą krytyki, zasługuje na ponowne obejrzenie – zrewidowanie. Chcę zwrócić uwagę czytelników na fakty, które większość oglądających niestety przeoczyła.

Daleki jestem od ferowania sądów nad osobami, którym ten film się nie podobał. Chcę jednak pokazać, że jest on dobrym materiałem do dyskusji i interpretacji – a co za tym idzie, posiada wartość większą, niż się to już powszechnie utarło.

Czekając aż przyjdzie „Prometeusz”

Na ten film nakręcili się wszyscy – włącznie z redakcją Gateway, która w odezwie na nadchodzący hit, pierwszy numer magazynu poświęciła tylko i wyłącznie historii i postaci xenomorfa. Po wielu latach uników i przymiarek do kręcenia piątego „Obcego”, Scott w końcu zadeklarował się i wziął kamerę w łapska. Niechętny przedłużaniu historii po tragicznym „Resurrection”, zarazem chcąc zrobić coś odrębnego – wybrał formę prequelu.

Początkowo za sterami filmu (warto tu wspomnieć, ze miał być on w ówczesnych założeniach rebootem serii) miał stanąć marionetkowy reżyser, twórca całkiem niezłych reklamówek, szerzej jednak nieznany Carl Erik Rinsch. Fox, studio dla którego film miał powstać nie chciało się bawić w takie zagrywki – wywołało Scotta przed szereg, woląc mieć na starcie dwa asy w rękawie – film o obcym i film Ridleya . Po pertraktacjach i małej medialnej burzy, Scotty wyszedł na medialny spacerek po wszystkich najważniejszych centrach informacji kulturalnej, głosząc : „hej, kręcę nowego „Aliena”, to będzie film na który tak długo czekacie”. No i się zaczęło – przecieki z planu, Fasbender robiący sobie jaja z fanów, fejki w internecie, w końcu słynny zwiastun, który pompował adrenalinę jak żaden w tym roku.

Zbieraliśmy pogruchotane szczęki z podłogi i czekaliśmy aż pojawi się film. Ten film.

Tymczasem pod hypem i medialną zawieruchą toczyła się ciągle bitwa o scenariusz. Bitwa, w której uczestniczyły dwie strony – z jednej ludzie z wytwórni chcący nowego „Aliena”, z drugiej Ridley Scott forsujący swój „zupełnie nowy film”.

Zrozumienie jak wiele zawirowań przeszedł scenariusz „Prometusza” to sprawa kluczowa dla tego filmu. Warto by przyjrzeli się jej zresztą pałający chęcią tworzenia wielkich filmowych widowisk – to niezła lekcja z przedziału „ambicja własna vs. twarda rzeczywistość”.

Do tej pory nie mamy dostępu do poprzednich scenariuszy „Prometeusza”, By je choć po krotce zarysować, musimy oprzeć się na słowach Ridleya i reszty twórców. Mam nadzieję, że owe wstępne wersje zostaną kiedyś udostępnione i będziemy mogli zmierzyć się z nimi i sprawdzić, ile w nich rzeczywiście tego o czym mówią ich autorzy. Póki to nie nastąpi, musimy brać ich słowa za pewnik.

Faza pierwsza : „Paradise”

Film pierwotnie miał nosić właśnie taki tytuł - oczywiście odwołanie do „Raju Utraconego” Miltona. W następnych wersjach zmieniono go, bo według twórców zdradzał zbyt wiele z elementów fabuły – teraz wydaje się, że będzie on nazwą dla sequela „Prometeusza”. Czyżby kontynuacja zawierała część pomysłów z tej właśnie wersji?

Autorem „Raju” był Jon Spaihts, niezbyt doświadczony scenarzysta, który jednak zaciekawił Scotta swoim pomysłem. Zdaje się że Scott widział „Paradise” jako widowisko trochę na styl „Avatara” bez ludzi –epickie starcie dwóch kosmicznych cywilizacji – Space Jockeyów i ich kreacji – xenomorfów. Spaihts zasugerował, że taki film był by zbyt mało angażujący dla widza – należy dodać w nim element ludzki, który by ich przyciągnął i włączył w opowiadaną historię. Tu pojawia się pomysł na Inżynierów, jako ojców naszej cywilizacji i cała ta danikenowska otoczka.

Faza druga : „Paradise 2.0”

Spaihts poprawia scenariusz. Prawdopodobnie tu pojawia się statek „Prometeusz” i jego załoga, jako osoby z którymi mógłby związać się widz. Do filmu zostaje dołączonych kilka elementów z dawnych lat – konkretnie z pierwotnej wersji historii o „Obcym” autorstwa Dana O’Bannona (Starbeast, piramida…). Skrypt był poddawany ciągłym przeróbkom, stał się swoistym polem walki między Scottem i Spaihtsem. Wiemy na pewno, że istniała w nim rozbudowana scena walki z obcymi w nieważkości, oraz że bohaterowie mieli zostać złapani przez Inżynierów. Prawdopodobnie istniała scena w której inżynierowie zmuszali dwóch pojmanych płci męskiej do kopulacji. Film (nie jest jasne czy był podzielony na dwie części, czy stanowił pojedynczy metraż) miał zakończenie, które miało płynnie przechodzić w pierwszą część „Obcego”. Tutaj również należy szukać początków historii Davida i jego „Blade Runnerowego” rysu.

Scott nie był jednak usatysfakcjonowany, coraz mocniej chciał czegoś odrębnego – zbyt silne oparcie na postaci xenomorfa i bezpośredniość prequela, sprawiły, że mimo przyjęcia scenariusza i ogłoszenia gotowości do kręcenia, „zawezwał posiłki.

Faza Trzecia : „Prometeusz”

Damon Lindelof, znany z pisania scenariuszy do serialu „Zagubieni”, mnożenia tajemnic i dzielenia każdego włosa na czworo – otrzymał w 2010 roku skrypt „nowego Obcego” do konsultacji – spodobało mu się. Do pewnego stopnia. Uznał, że film zyska, jeśli możliwie mocno się go wyalieni, jednym słowem - jego koncepcja polegała na usunięciu z „Prometusza” xenomorfów i skoncentrowaniu się na Inżynierach i ich światotwórczych intrygach. Zaproponował też zmianę zakończenia historii na znacznie mniej oczywistą.

Przepisał scenariusz po swojemu, ku wielkiej uciesze Scottyego, który od początku chciał nakręcić coś zupełnie nowego.

Wyeksponowano, do tej pory niezbyt wyraźne, wątki ludzkich postaci, które stały się bohaterami, a nie tylko ofiarami i przygodnymi obserwatorami wydarzeń. Film ostatecznie podzielono na dwie części, stanowiące integralną całość. Bez obejrzenia kontynuacji, nie poznamy sensu wydarzeń zarysowanych w części pierwszej. Scott zdradził istnienie na pokładzie statku drugiego androida. Tematem filmu stała się w pierwszej linii paleoastronautyka, jego rola jako prequelu „Obcego” zmalała. Twórcy odcięli się z resztą od wszystkich części cyklu poza pierwszą (choć oficjalnie Scott poza kanon odrzucił jedynie tragiczny cykl „Obcy kontra Predator”).

Choć tekst Lindelofa-Spaihtsa był obowiązującym – nawet na planie i już po zakończeniu zdjęć pewne elementy ciągle się zmieniały. Rosło bądź malało znaczenie poszczególnych postaci, wytwórnia Fox próbowała wymóc niższy rating dla filmu. Scott ostatecznie wyciął sporo materiału znajdując się pod obstrzałem z trzech stron : kin I-MAX, w których to obrazy nie mogą być zbyt długie ze względu na sprawy zdrowotne, żądnych krwi i strachu fanów, oraz niechętnej filmom z kategorią „R” wytwórni .

Chcąc uciąć wszelkie dyskusje na temat montażu, powiedział w jednym z wywiadów po premierze – „Wyciąłem, tyle ile było niezbędne”. Wiadomo, że będzie wersja dir.cut . Znając Scottyego – zapewne nie jedna.

Obcy jaki jest, każdy widzi…

Perturbacje były więc spore, a proces preprodukcji przeciągnięty ponad miarę – to nigdy nie działa na korzyść filmu, czego przykładem chociażby kinowa „Diuna”. Z bliżej niesprecyzowanego epickiego science fiction „Paradise”, przez kolejne warianty kosmicznego horroru w postaci bezpośredniego prequela „Ósmego pasażera…”, film wyewoluował w końcu w paleo-astronautyczne kino z dreszczykiem, luźno nawiązujące do sagi xenomorfa. Obraz wyrósł na polu zmiennych ambicji i nie raz, nie dwa napotykał przeszkody w postaci wymogów i ograniczeń wynikających ze strony wytwórni Fox.

Jak wygląda produkt finalny tej rozwlekłej produkcji, mogliśmy przekonać się w kinach tego lata. Niestety w Polsce, odbiorowi filmu nie sprzyjała karygodnie opóźniona w stosunku do reszty świata premiera (z powodu EURO 2012, ponoć). Mimo świeżego doświadczenia, części czytelników niniejszego tekstu fabuła mogła nie zapaść w pamięć – dla nich, jak i też dla czystości samego wywodu, zdecydowałem się zawrzeć tu krótką rekapitulację.

Film rozpoczyna sekwencja w której, w zamierzchłych czasach naszej planety, jeden z Inżynierów, poświęca się tworząc nowe życie. Wypija czarną ciecz, po czym umiera, a jego zwłoki trafiają do ziemskiej hydrosfery. W skutek tego zdarzenia, powstało na Ziemi życie obdarzone rozumem – na podobieństwo swoich stwórców.

Akcja przeskakuje na przód w czasy nieco jedynie wyprzedzające nam współczesne (to jeszcze dwudziesty pierwszy wiek). Dwójka badaczy/paleoarcheologow odnajduje na terenach dzisiejszej Islandii jaskinię z naskalnymi rysunkami, których poszukiwali – ona dr. Shaw by potwierdzić/zanegować istnienie Boga, on, dr. Holloway, by pomóc jej zrealizować marzenia. Rysunek, podobnie jak inne, pozostawione w spadku przez największe cywilizacje świata – wskazuje na określony gwiezdny układ, na pewną szczególną planetę. Miejsce, w którym człowiek ma znaleźć odpowiedź na pytanie o sens swojego życia.

Peter Weyland, prezes korporacji Weyland, który zbliża się do kresu swych dni – postanawia sfinansować wyprawę na tajemnicza planetę. Zatrudnia ekipę specjalistów z różnych dziedzin, daje im do dyspozycji androida Davida i ultranowoczesny statek „Prometeusz”. Ekipa nie zna celu swojej misji do czasu wejścia an orbitę docelowego ciała niebieskiego – tam w holu załadunkowym zostaje zorganizowana konferencja, na której wszyscy nie wtajemniczeni, zastają odkryte karty. Powiedzmy.

Niewiedzą bowiem, że na pokładzie przebywają dwa androidy – David... Oraz Meredith Vickers, dyrektorka przedsięwzięcia, udająca córkę Weylanda. Androidy wraz z grupą najemnych żołnierzy, których powód powołania również jest dla załogi tajemnicą, mają tak naprawdę jeden cel. W odpowiedniej chwili zbudzić skrywającego się w głębi statku pana prezesa, który chce by stworzyciele ludzkości zapewnili mu dłuższe życie.

Na początku wszystko idzie jak z płatka – ekspedycja ląduje na nowej planecie, zostaje odkryty kopiec z systemem tuneli, a nawet powietrzem wewnątrz. Pojawiają się zwłoki inżynierów, udaje się zdobyć czaszkę jednego z nich itd. Niestety to nie wszystko… Wkrótce ekspedycja odkrywa sale pełną urn z czarną cieczą – tą samą która pił nasz stworzyciel eony temu. Przeniesione na butach robaki, w kontakcie z czarną mazią zaczynają ewoluować. Zaciekawiony David zabiera ze sobą próbkę ciemnej wydzieliny. Dwóch załogantów ucieka od reszty i gubi się w drodze powrotnej. Ekipa ucieka do statku. Burza powoduje, ze nie mogą wrócić po towarzyszy.

Napięcie rośnie. David działa na własną rękę - nawet on nie jest świadom tego, ze Vickers też jest androidem i zdaje się realizować własny plan pomocy Weylandowi. Udaje mu się skomunikować ze starym, który przynagla go do działania. David podaje czarną ciecz w butelce z trunkiem Hollowayowi, który to później by pocieszyć dr. Shaw postanwia sobie z nią pobaraszkować. Dowiadujemy się też, ze kryzys wiary pani doktor wynika z jej bezpłodności. Tymczasem dwaj niezbyt rozgarnięci koledzy, którzy zostali w systemie korytarzy spotykają zmutowane robaki, teraz już w formie kosmicznych kobr, które z chęcią pozbawiają ich życia.

Następnego dnia Holloway odkrywa, ze jego organizm przechodzi jakieś potworne zmiany i postanwia umrzeć nim nastąpi najgorsze, ku czemu zdarza się wkrótce okazja gdy powraca z kolejnej ekspedycji do systemu tuneli, w poszukiwaniu zaginionych kolegów, niechętna mutantom Meredith Vickers, spala go miotaczem płomieni u wejścia statku.

David znika, jak się okazuje, zaznajamia się z technologią Inżynierów, odnajduje również jednego żywego przedstawiciela tej rasy – uśpionego, czekającego by wykonać jakieś tajemnicze zadanie. Reszta zwiadu, od którego oddzielił się David, znajduje zwłoki jednego z gapowatych miłośników kosmicznej zooturystyki. Z drugim przyjdzie im się wkrótce zmierzyć.

Shaw po powrocie okazuje się być w ciąży, co David z chęcią wykorzystuje. Postanawia ja skrępować i przewieźć na ziemię by tam poddać badaniom przez Weyland. Pani naukowiec udaje się uciec i wyciągnąć ze swojego ciała kosmicznego kalmara. Tymczasem android odnalazłszy żywego inżyniera wybudza ze snu starego Weylanda. Oszołomiona lekami pani doktor napotyka starego, wojskowych i androidy – nie wiedząc co z nią zrobić, biorą ją ze sobą do systemu tuneli na spotkanie z Inżynierem.

Davidowi udaje się skomunikować z kosmitą, jednak ten odrywa mu głowę, po czym zabija starca i zaczyna sieczkę. Za wszelką cenę próbuje odnowić misję przerwaną 2000 lat temu – a było nią jak przypuszczają naukowcy zbombardowanie Ziemi ową zabójczą czarną mazią. Okazuje się, że kopiec to przykrywka dla znanego z poprzednich odcinków alienowej sagi derlicta. Jego lot zostaje przerwany przez bohaterską załogę „Prometeusza”, która w akcie śmiertelnego poświęcenia taranuje statek Inżyniera.

-W tle przewija się ucieczka Shaw przed rozwścieczonym Inżynierem i jego walka z wyewoluowanym z kalmara wyciągniętego z brzucha , gigantycznym facehuggerem – czyli Starbeastem. Ostatecznie pojedynek ten przegrywa muskularny kosmita.

Doktorka bierze pod pachę głowę Davida i razem z nim wyrusza jednym z pozostałych na feralnej planecie derlictów na planetę Inżynierów, by znaleźć odpowiedzi na pytania które dręczą ją od początku filmu.

Koniec.

To be continued.

Dzieje się sporo i nie mało z tym kłopotu

Tempo wydarzeń jest dosyć duże, a do śledzenia widz dostaje kilka, niejako rywalizujących o miano „głównego”, wątków. Przede wszystkim – poszukiwania inżynierów i pochodzenia człowieka - w równej mierze: różnica między człowiekiem i androidem, a androidem i Bogiem. U punktu wyjścia filmu znajduje się paleo-astronautyka, u jego krańca : metafizyka i egzystencjalizm. W praniu oczywiście to wszystko wychodzi różnie, ale już widzimy – podstawa filmu nie jest wcale głupia. A o głupotę nowy film Scotta nader często się posądza.

Moim zdaniem zupełnie niesłusznie. Scenariusz filmu nie jest wybitny, ale na pewno ciekawy i dość zajmujący. Akcję, której rekapitulację zawarłem poprowadzono bez zbędnych elementów motywujących do ziewania, dialogi nie są drętwe, bohaterów da się polubić. Niektórzy zapadają w pamięć. Pozorny chaos dodaje wszystkiemu smaczku – w finale eksploduje napięciem i sprawia dużo frajdy.

Serio.

Zastanawiałem się długo nad tym, co spowodowało że „Prometeusz” nie odniósł sukcesu. Czy rzeczywiście wina leży po stronie twórców tego filmu? Czy może to widownia nie dorosła (bądź tak bardzo cofnęła się w rozwoju), do przygód pani Shaw? Zanim postawimy tu jakąs diagnozę problemu pt: „Czemu film który jest co najmniej w porządku, okazał się dla tak wielu kupą szmelcu” – warto spojrzeć na to, czym krytykanci ciskają w „Prometeusza”

1.Nic nowego.

Czy ktoś mówił coś o nowej jakości w kinowym science-fiction? To nie jest arthousowe kino w stylu BTBR, tylko film przygodowo-dreszczykowy z kilkoma głębszymi momentami. To miało być SF środka, z całkiem sporą ilością akcji, kilkoma odwołaniami do klasyków i również kilkoma nowymi patentami. Nikt z twórców nie obiecywał cudów – ze zrobili dobry trailer i nakręcili ludzi, to ci zaczęli dorabiać chore teorie – skończyło się jak zawsze. Hype, samonakręcająca się spirala fanowskich oczekiwań, przerosła w monstrualny sposób sam film.

Smutna konkluzja jest taka, ze popkultura nie jest już w stanie zadowolić swoich odbiorców. Im do większej grupy uderzymy, tym większy będzie procent nie zadowolonych, a zawiedzionych. Zawsze. Dlatego, już nigdy nie doświadczymy zjawiska ogólnej aprobaty – dziś każdy chce być wtajemniczonym i każdy się w jakimś stopniu zawodzi. Hype: komasacja oczekiwań która wyrasta nie ze złożonych obietnic, a z czystych fantazji snutych przez fanów, zawsze sprawi, że kolejna premiera w większym lub mniejszym stopniu napotka na opór dezaprobaty.

Fani i ich oczekiwania zabijają przedmioty i zjawiska, które darzą tak wielkim uwielbieniem.

2.Postacie zachowują się jak banda idiotów.

Czy aby na pewno? Owszem, nie są to osobistości, które nazwalibyśmy rozważnymi, ale czy to od razu świadczy o głupocie filmu?... Horror (może w tym wypadku lepiej użyć słowa thriller), polega na tym, że ludzie giną – potrzeba więc takich stereotypowych gamoniów, którzy będą odłączać się od grupy, bubkować i ginąć z ręki/macki/szczęki obrzydliwych monstrów. Takie są prawidła tego typu filmów.

Jasne, można było lepiej. Bo większość załogi to bezimienne drony wystawione na rzeź, niegodne zapamiętania. Ba, dwóch koleżków którzy giną wraz z czarnoskórym kapitanem Prometeusza, ogólnie rzecz mi biorąc pierwszy i ostatni raz widziałem właśnie w chwili ich śmierci. Brak czasu, pocięcie materiału i zawirowania scenariusza nie wyszły tu na dobre.

Ale doprawdy – nie jest źle. David, Shaw, Halloway, Vickers, Janek – to fajne, ciekawe postacie. Można ich nie polubić, ale nie powiedziałbym, ze są głupie a ich zachowanie jest nieuzasadnione niczym.

Czyli może nie w każdym przypadku jest super, ale Scotty nie pokusił się o np. zrobienie jednym z głównych bohaterów robota gwałcącego nogę Megan Fox – jak to miało miejsce w innej mega produkcji trącającej kosmiczno fantastyczne klimaty.

3.Nauki brak.

Ponoć film nie jest dość naukowy – bo statek inżynierów upada nie tak jak należy, nie ma na świecie cudownych znieczulających zastrzyków, ktoś tam wchodzi w sny kogoś tam, a stare dziady można zamrażać na dzień przed śmiercią. No tak…

A więc mamy film, w którym grasują po wszechświecie plujący kwasem kosmici, istnieją perfekcyjnie udające człowieka androidy, a magazynkach nie kończy się amunicja. Mamy rok całkiem odległy od naszego, nanomaszyny, AI, statek wyposażyny w najnowocześniejszy sprzęt dostępny dla człowieka i obcą planetę, która być może była punktem wyjściowym dla powstania ludzkiego życia (z jej unikatowym otoczeniem, grawitacją, innym czasem trwania dnia, roku, itede, itepe…). Na dodatek, uwaga… UWAGA!! To film.

Kiedyś ludzie wierzyli w tzw. magię kina. Miecze świetlne świeciły, xenomorf posiadał kwas miast krwi, a Terminator przybył z przyszłości. Nikt nie pytał jak, po co i o co chodzi… Niestety czasy magii kina już minęły i dziś potrzeba filmowi bogatego lore, masy duperelkowatych szczegółów i nieprzekraczanie bezpiecznych granic wyobraźni, dostępnych dla przeciętnego yupiee pracującego 25 godzin na dobę w korporacyjnym boxie.

Nie mamy czasu by wierzyć kinu na słowo. Więc filmy które chcą podejść do opowiadania opowieści inaczej niż serią super-ostrych ujęć wprost z MTV są skazane na niezrozumienie.

4. To nie był „Ósmy Pasażer Nostromo”

Zbijanie tego argumentu nie ma sensu. Atak jest tak absurdalny, że szkoda z nim walczyć. Nikt nie obiecywał, ze to będzie film taki jak „obcy”, o „Obcym” itd. Zresztą, mamy tu do czynienia z typowym sprzężeniem zwrotnym wywołanym przez „Ło Jezuniu, Ridley kręci nowego Aliena, mistrz powraca”.

Darujmy sobie rozwodzenie się nad tym.

Wady? Zalety?

Jestem świadom tego, że Prometeusz ma swoje wady. Wady na które jego adwersarze nie chcą akurat zwrócić uwagi. Słabo-średnia gra Naomi Rapace, niezbyt udane, ocierające się o kicz zakończenie, nienagany makijaż na twarzy Vickers… Nie są to nadal sprawy, które pozwoliły by na to, bym był z ostatniego filmu Scotta niezadowolony.

Nie przeszkadza mi też, ze film pozostawia wiele pytań, rzucanych już praktycznie na wstępie, w momencie gdy Inżynierowie tworzą ludzkie istnienie w samobójczym akcie, bez niemal żadnej odpowiedzi. Co więcej wątpię by „Paradise” odkrył jakieś zakryte karty – to jest cecha typowa dla takich produkcji – lepiej stawiają pytania, niż udzielają odpowiedzi. Zresztą Scotty widząc sprzężenie zwrotne hypu na „Prometeusza”, już wie, że fanów i tak nie zadowoli.

Kino środka

Mówiąc, ze „„Prometeusz” posiada wyczuwalne DNA „Obcego”” Scott nie miał najprawdopodobniej na myśli, że te filmy wywodzą się z tego samego źródła, one są bowiem zrodzone z odmiennych materii wyjściowych : „Alien” to film o kosmicznej bestii wyrosły z post-diunicznych fantazji Dana O’Banona, „Prometeusz” zaś jest efektem scottowskiej fascynacji Denikenem i Stitchinem.

Ridleyowi chodziło raczej o to, ze te film są zrobione w podobny sposób. To kino rozrywkowe, mając trzymać w napięciu, jednocześnie jednak w kilku momentach wykorzystujące zagrania z wyższej półki. Fantastyczno-naukowe kino środka, którego celem jest niegłupia zabawa.

Według mnie tą koncepcje udało się zrealizować Scottowi całkiem nieźle.

Sceny akcji filmie zapadają w pamięć, potęgowane przez wspaniałe zdjęcia i zmyślne wykorzystanie i-maxowego 3D. Wielkie wrażenie robi burza, nieźle jest kiedy hologramy inżynierów biegną przez obcy statek, lub kiedy David ogląda sterownię Derlicta ( mamy tam zresztą fajne nawiązanie do „Dyktatora” Chaplina, bardzo subtelne w wykonaniu), cała sekwencja pogoni inżyniera za niedobitkami z Prometeusza tez wygląda, brzmi i daje po nerwach. O maestrii w kreowaniu rzeczywistości kadrem, światłem, cieniem i zmysłem inscenizacyjnym mówić nawet nie trzeba – wszyscy wiemy kto za tym stoi.

W nowym filmie Scotta nie brak scen które są godne zapamiętania. Już początkowe ujęcia zamarzniętych krain robią niebagatelne wrażenie, podobnie jak młotek archeologów odkuwający ciemność z przed oczu widza. Wspaniała jest większość scen, w których David może swobodnie wchodzić w interakcje z otoczeniem, nie skrepowany papierową załogą (chociażby pasaż w którym pokazane jest jak żyje sobie spokojnie na pokładzie statku, czekając aż załoga się wybudzi).

To naprawdę niezłe kino. Nie uniknięto paru wpadek, ale zalety zdecydowanie je przeważają.

O co w tym wszystkim chodzi?

No dobrze.

Wiemy już, ze „Prometeusz” to film po produkcyjnych przejściach, przycięty do imakowych możliwości. Że pomimo wadliwych aktorów drugiego planu i niezbalansowanego scenariusza, film się udał – jest w nim trochę napięcia, trochę przygody, trochę głębi. Wiamy też, że większość zarzutów, powstała tu w reakcji na sztucznie napompowane przez samą publiczność oczekiwania. I że, oczywiście, mogło być przynajmniej nieco lepiej (zwłaszcza w kwestii doboru aktorów i pogłębienia relacji między członkami załogi).

Jednak nadal nie wyjaśniliśmy sobie sprawy kluczowej .. Jaki jest sens „Prometeusza”, o co tam w ogóle się rozchodzi?

Można tą sprawę rozpatrywać pod wieloma kontami, bo jak każde dobre kino, tak i nowy „Obcy” to sprawa wielowymiarowa. Warto jednak zacząć od wyłożenia sensu stricte fabuły tej produkcji. Dociekliwych dokładnego przebiegu filmu w konfrontacji z moją wykładnią zdarzeń, zapraszam sporo wstecz do streszczenia akcji – zaś ja przechodzę już do sedna sprawy.

Fabuła wygląda następująco – Inżynierowie stworzyli człowieka. Z jakiego powodu – nie wiadomo. Najprawdopodobniej był to jakiegoś rodzaju rytuał, być może dający szanse na uniknięcie śmierci, przez zapoczątkowanie nowego gatunku, być może całe wydarzenie miało nie do końca dobrowolny charakter (Inżynier-Prometeusz, mógł być skazańcem, który wybrał sobie taki rodzaj śmierci, a nie inny). Cała scena śmierci i stworzenia życia jest wzorowana ceremoniach majów, zaś lokacja – pradawna Islandia – to miejsce, w którym odnaleziono najstarsze ślady bytowania istot podobnych człowiekowi, grubo poprzedzające znaleziska z Afryki (autentyczność tego odkrycia jest, rzecz jasna, sprawą kontrowersyjną). Czarna maź którą wypija inżynier, to katalizator, powodujący rozpad i ponowną rekombinację łańcuchów DNA. Zdaje się, że jest to podstawa technologii tej rasy.

Prawdopodobnie gdy cywilizacja ludzka się rozwijała, Inżynierowie pomagali jej, przynajmniej w początkowych stadiach, po czym zniknęli. Śladem po nich była konstelacja uwieczniona na tablicach różnorakich cywilizacji. Owa konstelacja wskazywała położenie posterunku kosmicznej rasy stwórców.

Z filmu i wypowiedzi Scotta możemy wywnioskować, że Inżynierowie po raz kolejny odwiedzili Ziemię jakieś 2000 lat temu. Jezus Chrystus był prawdopodobnie kosmicznym zwiadowcą – kiedy umarł ukrzyżowany, Inżynierowie stwierdzili ze eksperyment się nie powiódł i postanowili zmieść cywilizację z powierzchni planety. Jednak na statku który miał wyruszyć w naszą stronę i zbombardować nas bronią opartą na czarnej mazi (być może spowodowałoby to rozpoczęcie kolejnej genezy), doszło do jakiegoś wypadku w skutek którego załogę zaatakowały xenomorfy. Murale w statku Inżynierów sugerują, że kreatury te były im znane – prawdopodobnie rodzą się przy kontakcie facehuggera z Inżynierem. Misja spaliła na panewce, a planeta-posterunek w krótkim czasie stała się martwym pomnikiem kosmicznych stwórców.

W czasach nieco wyprzedzających nam współczesne Dr. Shaw i Dr. Holloway odnajdują na Islandii jedną z takich tabliczek, jak się okazuje znajdujący się na niej rysunek ma ostatecznie potwierdzić ich paleo-astronautyczną tezę. Zwracają tym odkryciem uwagę Weylanda biznesmena opanowanego pragnieniem nieśmiertelności, który postanawia sfinansować wyprawę do odległej planety. Po cichu knuje plan wedle którego zostanie przemycony wewnątrz statku i spotka stwórców ludzkości. Kiedy pokaże im że sam stworzył inteligentne życie – stwierdzą że jest godny ich poziomu i dostarczą mu sposobu na przedłużenie żywota.

David i Vickers mają pomóc w realizacji planu – doprowadzić do kontaktu z Inżynierami. Problem polega jednak na tym, że o ile Vickers zdaje się bezwolnie wypełniać polecenia i mieć na uwadze jedynie wyznaczone dyrektywy, tak fascynacja światem żywych Davida, w połączeniu z jego izolacją, doprowadza do niejakiego wypaczenia w jego zachowaniu. Być może uzyskuje pewną ograniczoną formę świadomości śmiertelnika.

Kiedy początkowe poczynania ekspedycji nie dają skutku, a czarna ciecz powoduje rozpad i przemianę robaków kosmiczne węże następnie atakujące członków załogi, David bez porozumienia z Vickers zaczyna działać na własną rękę – infekuje czarną mazią Hollowaya, który zapładnia tym świństwem Shaw. David improwizuje co potwierdza teze o „co najmniej ograniczonym” osiągnięciu świadomości przez robota. Kiedy odnajduje u Shaw kosmiczny płód postanawia go zachować , nie dla tego że ktoś mu kazał. Kalkuluje w biegu na temat tego co zadowoli Weylanda. Jego celem jest znalezienie żywego Inżyniera-skoro mu się to nie udaje (początkowo załoga znajduje tylko martwych członków załogi Derlicta), próbuje jakoś go przywołać, może odtworzyć, za pomocą obcej technologii.

Shaw rodzi kalmara vel Starbeasta, (notabene na łóżku aut operacyjnym przeznaczonym dla Weylanda – pewnie liczył na jakąś operację ze strony Inżynierów), jednak nie oglądała poprzednich filmów z cyklu i nie wie, ze kosmiczne kreatury są odporne nawet na próżnię – ucieka zostawiając do mniemanego trupa za sobą). Jak się okarze dała tym samym początek facehuggerom, czy też raczej jednemu wielkiemu koleżce z tego rodu – który zdaje się być pod silnym wpływem czarnej mazi - wygląda na to że powstał on z połączenia ludzkiego zarodka i ciemnej substancji.

David budzi naszego prezesa i główni bohaterowie wybierają się do przebudzonego inżyniera – ten w pogardzie mając ludzkość, widzi że jeden z jej zadufanych w sobie przedstawicieli stworzył sztuczne życie i prosi teraz o nieśmiertelność, przyrównuje się do bogów. Rozwścieczony zabija Weylanda i pozbawia Davida głowy – po czym rusza kontynuować swoją misję.

Tak naprawdę nie wiemy czy Inżynierowie chcieli nas zniszczyć. Wiemy, że bohaterowie wyciągnęli najprawdopodobniejszy wniosek z zaobserwowanych wydarzeń. Głowice z czarną mazią, Derlict kieruje się w stronę Ziemi, a Inżynier wszystko rozwala. Bohaterowie (chyba) podjęli najlepszą możliwą decyzję.

W finale, kiedy Shaw już odlatuje na planetę stwórców, my widzimy rodzącego się nowego alienowatego, Deacona, który powstaje ze zwłok Inżyniera zapłodnionych przez Starbeasta.

Mamy tu opowieść o rasie starożytnych astronautów, którzy ze znanych sobie powodów tworzą i niszczą życie. Stworzyli nas i w pewnym momencie postanowili zakończyć nasze istnienie jednak nie pozwolił im na to wypadek z wyprodukowaną przez nich bronią. Najprawdopodobniej zamierzali niszcząc nas, jednocześnie powołać na świat jakąś inną cywilizację.

Na drugim planie pojawia się klasyczny dla Scotta problem – rodzenie się tożsamości w maszynie i jej próba sprostania światu naokoło. Tu rozegrane jest to poid postacią Davida – w dość niejednoznaczny sposób – uważam że to najciekawszy i najlepiej zrealizowany motyw w „Prometeuszu”.

Bawiąc się w interpretacje i nadinterpretacje przejdziemy do drugiej wykładni „Prometeusza”, tej niedosłownej.

Prosto wykazać, że film w swojej głównej wykładni, głosi o życiu i śmierci. Każda z postaci, łącznie z Inżynierami, w jakiś sposób podziela uczucie niemocy wobec nadchodzącego kresu życia. Widzimy tu przegląd takich postaw – Inżynier z początku filmu obajwia swoją wiarę w determinizm, podporządkowuje się cyklowi przemian w którym jest tylko małym trybikiem - zwróćmy uwagę jak skonstruowano tą scenę – od wielkiego pleneru do pojedynczych postaci. Istota którą mamy za boską, jest nieistotna wobec ogromu wszechświata. Jej śmierć nie jest wbrew pozorom niczym ważnym, niezwykłym. Mimo ze daje początek zupełnie nowemu światu.

Shaw jest tu osobą niegodzącą się na śmierć z powodów moralnych i humanistycznych. Kierują nią typowo ludzkie emocje, wzmagane przez niemożność przedłużenia gatunku. Weyland również jest tutaj by pokazać zmagania ze śmiercią, jednak nim kieruje pycha, nie idealizm. Mamy tez bohaterskiego Janeka, który poświęca się dla innych, uważając że jego zgon uratuje miliardy istnień.

Wszystkich obserwujemy z poziomu Davida, który uczy się bycia człowiekiem. Zdaje się że on chce nauczyć się umierania, posiąść coś co jest dla niego nieosiągalne. W jego czynach zdaje się pobrzmiewać sadyzm, jednak tak naprawdę wydaje mi się, ze sprawdza on, bada, śmierć, strach – chce poznać te emocje. Najsilniejsze z nich wszystkich.

Cała ta śmiertelna tematyka jest spotęgowana przez ramę, którą wyznacza wyższa od nas cywilizacja, posiadając pieczę nad śmiercią i narodzinami kolejnych ras we wszechświecie.

Jest wiec „Prometeusz” wyprawą w krainę umierania, w którym jest jednak nadzieja – oto bowiem każda śmierć niesie nowy początek. Bezimienny Inżynier z początku obrazu umiera, lecz staje się ojcem całego ludzkiego gatunku. Janek jak już było powiedziane daje prawdopodobnie nam szansę na kolejne, może lepsze, życie, Shaw budzi się do nowego, samodzielnego działania po śmierci całej załogi statku – nawet agresywny Space Jockey umiera by narodził się Obcy. Najciekawiej prezentuje się tu śmierć Weylanda, który umierając udziela odpowiedzi Davidowi na niepostawione wprost pytanie. „Tam nic nie ma”. Co znajduje się po drugiej stronie życia, w krainie umarłych?

Można by mnożyć takie interpretacje, wykorzystując różne ślady. Bawić się symboliką religijną, czy przenieść całość na pole fizycznych procesów narodzin i śmierci. Pojawiły się całkiem interesujące interpretacje filmu, jako opisu aktu aborcyjnego.

Naprawdę nie jest źle z tym całym „Prometeuszem”.

Słowem finalnym

„Prometeusz” jaki jest każdy widzi. Mógł być lepszy, ale podług tego co starałem się udowodnić, obronić - i tak jest filmem bardzo interesującym. Udanym. Zabiły go oczekiwania fanów i tendencje dzisiejszego kinomana do nadinterpretowania i nadanalizowania – stare sztuczki już nie sprawdzają się w dzisiejszych czasach.

To solidne kino, któremu warto dać szanse posiadając na uwadze jednak kilka jego mankamentów. Ja osobiście jestem bardzo zadowolony, Scott dostarczył mi kupę frajdy i dał nadzieję, że po serii ciężkostrawnych gniotów, może jeszcze zrobić coś sensowanego. Może „Blade Runner 2” nie będzie takim złym pomysłem?

A co dopiero „Paradise”?

Mam nadzieję, że ten teskt rozjaśnił nieco w głowach wiecznie narzekających a tym którzy nie dali się złapać w spiralę sztucznie nadmuchanych oczekiwań zwyczajnie sprawił przyjemność. Przyjemność jaką może zagwarantować jedynie dyskusje o czymś naprawdę dobrym. Bo tylko o dobrych rzeczach chce nam się mówić więcej niż „meh”, „ech” i „hmm” – niech więc będzie to ostatnim argumentem za opisywaną tą produkcją.

Moi drodzy, Scotty wrócił do science fiction !

Inne teksty tego autora: