Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Django, czyli western hiphopowy

Napisane przez: Zaratustra , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2013-01-29
Nie męczy was już gadanie o Tarantino? Mnie męczy. Powinien być jakiś limit na wypowiadanie określenia "enfant terrible" i używania jego nazwiska do promocji filmów, szczególnie tych z którymi nie ma nic wspólnego. Z drugiej strony... mam portfel "Bad Motherfucker" kupiony za niedorzecznie duże pieniądze, „Pulp Fiction” widziałem - nie przesadzając - ponad dwadzieścia razy w całości, a scenariusz do tego filmu wygrzebany gdzieś w Internecie został przeze mnie przeczytany z taką samą pasją jak "Wilgotne miejsca" Charotte Roche. Zwykły twórca nie byłby w stanie doprowadzić mnie do takiej gorączki, nie mam co do tego wątpliwości.

Wielki tryumf 20 lat temu był w pełni zasłużony, ale poprzeczka jaka została zawieszona mocno Tarantino przerosła. Porażka, jaką (jak sam przyznał) okazał się "Jackie Brown" sprowokowała go do obrania pewnej drogi na skróty: od tamtej pory z każdym kolejnym filmem reżyser coraz silniej podkreśla postawę wiecznie bawiącego się kinem, lubiącego przemoc dużego chłopca. I chociaż znakomicie poprowadzeni aktorzy, doskonale dobrana muzyka oraz liczne „shock values” nadal były znakami rozpoznawczymi jego filmów, to czerpana z nurtu exploitation komediowa prostota doprowadziła do znacznego ograniczenia skomplikowanej fabularnej hydrauliki. Po „Django” spodziewałem się czegoś więcej, bo Tarantino od samego początku swojej kariery podkreślał szczególną rolę sphagetti westernów w kształtowaniu swojej filmowej świadomości. Dość wspomnieć jego deklarację, że będzie tworzył filmy tak długo, aż uda mu się nakręcić przynajmniej w połowie tak dobre zakończenie jak w „Dobrym, Złym i Brzydkim” Sergio Leone. Wydawać się więc mogło, że gatunek westernu zostanie potraktowany przez niego wyjątkowo. I został, ale nie do końca w taki sposób, w jaki się spodziewałem.

„Django” jawi się bardziej jako próba ratowania gatunku w kulturze popularnej, niż jako hołd złożony klasykom. Co ciekawe, więcej ma też wspólnego z przesiąkniętymi przemocą i cynizmem klasycznymi amerykańskimi westernami z późnego okresu lat 70, niż z włoskim westernem spod znaku Corbucciego i Leone. Filmowe cytaty oczywiście są liczne, z tych najbardziej czytelnych wyróżnia się tytuł i gościnna rola Franco Nero, śnieżne nawiązania do „Człowieka zwanego ciszą”, motyw ucznia i mistrza z „Dni gniewu”, czy cała masa detali jak np. liczne nazwiska nawiązujące do kina eksploatacji. Każdy kto chociaż raz zetknął się z jakimiś filmowymi inspiracjami Tarantino od razu rozpozna realizacyjne smaczki w postaci wielkich przewijających się napisów, czy gwałtownych zbliżeń kamery. Tyle, że „Django” mniej cytuje, bardziej rewolucjonizuje. Nigdy nie widziałem tak dynamicznego, moralizującego i brutalnego westernu – w którym w dodatku jedna za scen pościgu wzbogacona jest... muzyką hip hop. Mi to nie smakowało prawdę mówiąc, bardziej te pomysły pasowały do antygatunkowej zgrywy spod znaku, powiedzmy, „Ghost Doga” czy „Truposza” Jarmuscha, niż reżysera starającego się odtworzyć soczysty filmowo dziki zachód. Jeśli się to udało, to w większej mierze dzięki genialnym zdjęciom Roberta Richardsona, który potrafił pokazać ogromną przestrzeń i bogactwo dzikiego zachodu. Jaka szkoda, że reżyser nie dał mu większego pola do popisu, decydując się na zbyt szybką narrację, pasującą bardziej do komedii czy sensacji niż do westernu.

Sposób ukazania przemocy jest jedną z mocniejszych stron filmu – strzały z dubeltówki powodują, że widzimy flaki na ekranie, a zastrzelenie jednej z postaci zwieńczone jest pięknym ujęciem obryzganego krwią galopującego konia. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że „Django” mimo ubrudzonego we krwi humoru jest potraktowany z większą powagą niż „Bękarty Wojny” czy „Kill Bill”. Tarantino wyraźnie zaczął swoje filmy umoralniać, i o ile walka o godność kobiet czy żydów kręcona była pół żartem, pół serio, to „Django” miejscami jest zaskakująco bardzo serio. Chyba po raz pierwszy przemoc nie służy tylko absurdalnej zabawie, ale ukazaniu... realiów historycznych na kilka lat przed wojną secesyjną. Zgadzają się tu podobno nie tylko kary, jakie były wymierzane niewolnikom, ale nawet cenniki czy rozrywki do jakich byli zmuszani afro amerykanie. W jednej ze scen wcielający się w postać doktora Schultza Christopher Waltz, po krótkiej reminescencji dotyczącej rozszarpywanego przez psy niewolnika, głośno zastanawia się co o tej sytuacji powiedziałby Aleksander Dumas (który sam był mulatem), wprawiając tym samym w zakłopotanie handlarza niewolników, Calvina Candie w którego genialnie wcielił się Leonardo DiCaprio. To chyba jedna z najbardziej poważnych scen w całej filmografii Tarantino, zupełnie jakby oderwana i nie pasująca do jego dotychczasowych dokonań.

W odróżnieniu od sphagetti westernów, w „Django” postacie negatywne oddzielone są grubą kreską od pozytywnych. Jeśli tytułowy bohater (Jamie Foxx), jak sam mówi, brudzi się moralnym nihilizmem to jest to tylko gra mająca go doprowadzić do uwolnienia ukochanej niczym w niemieckiej baśni opowiedzianej przez niemieckiego doktora. Genialnie zagrany King Schultz mimo talentu do zabijania, jest chyba ostoją świętości na dzikim zachodzie. Prawdę mówiąc wydawało mi się, że postać w którą wcieli się Waltz będzie bardziej skomplikowana i trudna intelektualnie do rozgryzienia, będzie budziła mieszane odczucia, zmuszała do dokonywania pewnych ocen. Nic z tych rzeczy. Najwięcej pytań o tajemniczym doktorze zadajemy sobie dopiero na chwilę przed wielką rzezią która wisi w powietrzu od chwili spotkania z Calvinem Candie. To właśnie jego postać od pierwszych ujęć jest prawdziwą wisienką na torcie, jednak, co zaskakujące, nie tylko jego Tarantino wyznacza na głównego geniusza zła, tak jak Hanza Lande w poprzednim filmie. Do prawdziwej konsternacji dochodzimy z chwilą poznania zaufanego niewolnika Candiego, plugawego i niezwykle spostrzegawczego Stephena w którego wcielił się Samuel L. Jackson. Ich duet robi największe wrażenie w filmie, spychając na bok głównych bohaterów. Prawdę mówiąc, w przeciwieństwie do postaci pobocznych, tytułowy Django i jego ukochana, Broomhilda (Kerry Washington) nie pozostawiają żadnego mocnego śladu w filmie: „Django” jest koncertem tylko kilku aktorów drugoplanowych. Gdyby Franco Nero wyglądał młodziej... dla niego warto by było przerobić całą fabułę tego filmu i nakręcić go od nowa.

Można oczywiście pisać, że western jest gatunkiem mniej elastycznym, że wymaga mocno przerysowanych postaci, i że trudniej jest się uwolnić od nostalgicznych klisz: pochwały przyjaźni czy odwagi. To wszystko jest prawda, ale na bazie „Django” Tarantino mógł pójść o krok dalej, starając się zmierzyć z westernem tak odważnie jak Leone kręcąc „Dawno temu na dzikim zachodzie” czy „Dobrego złego i brzydkiego”. W tych właśnie filmach udowodnione zostały ogromne filmowe możliwości kryjące się w tym gatunku, a których nikt już nie podjął na taką skalę. Mając wystarczająco dużo talentu, dobry soundtrack (utwory które mi nie pasowały to margines), Tarantino nakręcił zachowawczy i chłodno wykalkulowany western w niezbyt się do tego sprawdzającej, nowoczesnej oprawie. I o ile widać, że każdy element filmu jest wykorzystywany z charakterystyczną dla niego dbałością, wszystko rozlatuje się w ostatnich fragmentach filmu, na które wyraźnie nie miał już pomysłu. Przeskoki między scenami i nielogiczne zachowania bardziej przybliżyły film do brutalnej bajki z mocnym przymrużeniem oka, niż wielkich zakończeń Leone, o których kiedyś mówił w wywiadach.

To chyba pierwszy film Tarantino, w którym najbardziej nie zaskakują nieoczekiwane zwroty akcji czy mistrzowskie dialogi, tylko banalne zakończenie. Podobnie jak w ostatnich filmach, w ogóle nie podjęta została przez niego walka o wielkie kino, które przecież jest możliwe nawet z latającymi po ekranie flakami i wybuchającymi dyliżansami i willami. Nie warto kolejny raz powtarzać, że to konwencja, pastisz, zabawa kinem. Tarantino nadal pozostaje reżyserem, który nie schodząc nigdy poniżej pewnego poziomu, potrafił spowodować opad szczęki tylko w przypadku „Rezerwowych psów” i „Pulp Fiction”.

Podobno Tarantino chce zakończyć karierę po nakręceniu dokładnie dziesięciu fabularnych filmów, zostały więc dwa. Jeszcze jest szansa na wielkie kino po recyklingu, tym razem się to jednak nie udało.

Inne teksty tego autora: