Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Recenzja Obcy: Decydujące starcie

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2012-04-01

» Tym razem, to będzie wojna

Gdy na srebrnym ekranie po raz pierwszy zawitały końcowe napisy „Obcego” Ridleya Scotta, nastała nowa epoka. Nadszedł koniec niepodzielnej dominacji klasycznych monster movies, kręconych bez ambicji i wszelakich potrzeb wyższych niźli napchanie portfela na tyle, by starczyło do kolejnej produkcji. Filmowe science fiction, rozbite pomiędzy banałem pulpy, a artyzmem Kubrickowskiej „Odysei”, zyskało swoje własne kino środka – godzące ambicję z rozrywkowością, swoistą przebojowość z dokładnością wykonania. Coś pomiędzy, coś bardzo dobrego. Coś co okazało się sukcesem na każdym polu, a dla zaangażowanych stało się drabiną do kinowego „creme de la creme”. Obcy, polski ósmy pasażer Nostromo, był niewątpliwie olbrzymim sukcesem. Autorzy tegoż, nie tylko zyskali sławę, otrzymali też pieniądze, konkretnie całą ich kupę. Prawo rynku mówi – nie zabija się kury znoszącej złote jaja – choćby i była to kseromorficzna odmiana drobiu, w której żyłach płynie żrący wszystko kwas. W zgodzie z tym stwierdzeniem, sequel „Obcego” musiał powstać. Pytanie nie brzmiało więc „Czy?”, tylko raczej „kiedy?” . Pomimo starań hollywoodlandu data produkcji kontynuacji odsuwała się coraz bardziej. Głównym problemem okazał się brak godnego kontynuatora dzieła Ridleya Scotta, reżysera pierwszej opowieści o xenomorphie. Gdy sam kapitan nie był nazbyt chetny, któż miał wziąść w łapy ster zbaczającego na ryzykowne wody sequelingu okrętu? James Cameron, który przebojem wdarł się do wysokobudżetowego kina s.f. „Terminatorem” z 1983 roku podjął się tego wyzwania, wyręczając wiecznie zajętego Ridleya. Jako fan kwasokrwistej bestii, facet zdawał się doskonale wiedzieć co robi. I faktycznie, miał sytuację pod kontrolą. Cameron, który był jeszcze ówcześnie daleko od błaznowania po drzewach z kocim Torukmakto, zdawał sobie sprawę z tego, że nie zrobi z drugiego „Obcego” lepszego horroru niż pierwowzór, postanowił więc znaleźć inną drogę do żądnego dreszczy tłumu. Zmienił strach w napięcie, a klimat zaszczucia na stan ciągłego oblężenia. Odrzucił strach, postawił na akcję. A właściwie AKCJĘ PRZEZ DUŻE A. Twórcy nowego filmu doskonale wiedzieli czego brakowało, by wizja „Aliens” była pełna. Potrzebne było podłoże, które wchłonie zarówno ekstatyczne wytryski adrenaliny, jak i utrzyma na sobie kolejne poziomy napięcia i niepokoju. Nadszedł czas wojny.

Pokażę ci coś czego jeszcze nie widziałeś

Statek ratunkowy, w którym Ellen Ripley uciekła z eksplodującego Nostromo i z którego to wykopała swoje arch-nemesis, zostaje odnaleziony. Dzielna heroina budzi się w niezbyt sprzyjających warunkach. Enigmatyczna firma, która stała za wyprawą Nostromo z pierwszej części filmu oskarża Ripley o zniszczenie jej drogocennego mienia i co oczywista, neguje wszelkie informacje o ekstraterestrialnej formie życia, która straszyła z ekranu w pierwotnym „Alienie”. Bohaterka, pozbawiona pracy, ale też i rodziny, sama wyalienowana ze społeczeństwa, dowiaduje się, że owa planetoida, gdzie odnaleziono jaja xenomorpha, przechodzi teraz proces terraformingu i została osiedlona przez kolonię kosmicznych pionierów. Do czego doprowadzi ta historia? Łatwo przewidzieć dalszy bieg wydarzeń – coś niedobrego dzieje się w odległej bazie kolonistów. Protegowany firmy przychodzi do Ripley z podkulonym ogonem, prosząc o pomoc. Nasza Rambolina wraz z oddziałem kosmicznych Marines, wkracza na pokład przypominającego wielki pistolet kosmicznego statku Sulaco, którym wybiera się na rozprawę z zagospodarowaną już przez kwasokrwistych kolonią. Przy tej okazji bohaterka przełamie swój opór wobec androidów, który wyrobiła sobie, po tym jak w pierwowzorze niejaki Ash próbował udusić ją gazetą i wykiwać resztę załogi Nostromo. Pokaże tez po raz kolejny, że to baby tak naprawdę mają pałera, a nie żadne przydupaśne facety, choćby i marines, poflirtuje z gunem w ręku, oraz pobuduje rodzicielskie relacje z Newt, słodką małomówną dziewczynką, sole-survivorem z feralnej kolonii. Fabuła dziś nie zaskakuje i wątpię by byłą dużym novum już w czasach premiery „Aliens”, Ale nie o to tu chodzi. A o co? O akcję, klimat i napięcie. Ambicje trochę zmalały, ale są nadal – tylko inaczej ulokowane. Tu chodzi o maestrię wykonania, zbudowania nierealnej akcji, którą przyjmiemy bez poczucia odrealnienia. Coś co w kasowym kinie wybuchów i pościgów, udało się tylko Cameronowi.

James zrobił film wojny. I to wojny konkretnej, bo wietnamskiej. W praktyce, gdyby zastąpić alieństwo czerwonymi, a stalowe, skąpane w mroku wnętrze kolonii podmienić na lasy i tunele Nam’67 – mielibyśmy rasowy film z trylogii Stone’a. Mamy tu typowy dla kina militarnego fetyszyzm sprzętu, pieczołowite ujęcia uśpionych maszyn, które z majestatem są wprawiane w ruch napędzając spiralę destrukcji. Jest poczucie zaszczucia i walka z wrogiem, który jest niezrozumiały i naprawdę obcy. Dzieli go już nie tylko kultura i ideologia, tu Cameron idzie dalej- obca forma życia pozwala przesunąć mu granicę wrogości do biologicznego poziomu – to nie jest wojna nacji, to walka gatunków. Mamy też i inne motywy kina wojskowego – napakowanych facetów, którzy w końcu zaczną sikać w majty i trochę niezdrowej determinacji. Jest też, tak lubiany przez reżyserów wietnamskich historii deszcz i mrok – budujące cięzką atmosferę i podbijające napięcie do rangi estetycznego chwytu z wyższej półki. Tym razem to jest wojna. Potyczka nowego, wyższego szczebla.

Magia kina przemawia przez film Camerona. Dzięki odwołaniu do znanej nam rzeczywistości, facet pozwolił uwierzyć w nierealne. Pierwszy film sagi kwasokrwistego monstrum, budował dystans – był chłodny jak zimna i odległą jest twórczość H.R. Gigera, bez którego wyobraźni alien nie miałby połowy swego mrocznego uroku. Scott dał kinu „Ósmym pasażerem…” naprawdę wiele, ale brak mu było jednego – punktu odniesienia do rzeczywistości poza ekranem. Czuło się, ze to jednak nadal film. U Camerona, któremu w sequelu zdarzyły się inne problemy – poczuć można, ze jest się w środku wydarzeń. Reżyser pozwala wejść do tego świata – zmniejszył dystans miedzy widzem, a toczącą się akcją. Siła Cammerona to właśnie ta bliskość, niezwykle sprytna redukcja dystansu między okiem a ekranem. W tym jego cztery filmy – „Głębia”, dwa terminatory i właśnie „Aliens” wyprzedzają całe mainstreamowe kino science fiction na kilometr. Facet wie, czy raczej wiedział, jak zaangażować mocno. Cholernie mocno. Umiejętnie prowadzi – od klimatycznego i co ważniejsze nie przyspieszanego an siłę wstępu, poprzez kolejne pasaże akcji i wyciszenia, aż do finałowej potyczki gdy emocje sięgają zenitu. Pozostaje przy tym wierny dziełu Scotta, snując strukturę swojego filmu podług stworzonego przez niego wzorca, a w jednym z segmentów akcji – w ciekawy sposób nawiązuje do horrorowej estetyki pierwszej części. Nie ustrzegł się błędów, których Scott w swoim filmie uniknął – pozwolił na kilka nadmiernie banalnych momentów i na chwilę nawet odwiesił swoją wiarę w inteligencje widza na półkę – ale dzięki wielkiej gracji w budowie więzi pomiędzy oglądającym jako osobą, a wybuchową akcją na ekranie – wyszedł obronną ręką – zbliżając się, a może równając ostatecznie z reżyserem pierwszego filmu.

» Syd. Syd Mead.

Obcy jednak- teraz czas na mocne stwierdzenie - nie potrzebuje dobrego reżysera, żeby być dobrym filmem. On potrzebuje odpowiednich, kreatywnych umysłów stojących za kreacją atmosfery. Jasne bez Ridleya i Cammerona oba odcinki przygód Ripley w kosmosie wiele by straciły – ale nadal robiłyby spore wrażenie. U podłoża Aliena nie leży bowiem filmowa taśma, ale styk kilku artystowskich koncepcji. Mroczne, pokręcone formy życia od Gigera, zachwycający futuryzm Meada i umiejętne krzyżowanie pulpy z ambicją Dana O’Banona. To oni są ojcami obcego. Bez nich te filmy by nie istniały – żaden reżyser, nawet niezły, nawet wybitny– by im nie pomógł. Pierwszy obcy to były bankiet na cześć O’Banona i Gigera. Oni go z resztą wyprawili, pomógł im trochę w tym jeszcze Meobius – trzej muszkieterowie, uciekinierzy z rozbitej w pył „Diuny” Jodorowskyego stworzyli własny projekt s.f. by ratować swoją artystyczną skórę. W drugiej części główne skrzypce zagrał jednak –ten czwarty: Syd Mead. Nic zresztą dziwnego, skoro częścią estetyki wojennego kina jest technologiczny fetyszyzm, zaś ten pan to chyba największy futurystyczny zboczeniec.

Momentem, który najmocniej zapadł mi w pamięć i do tej pory, pomimo długiego już okresu odkąd widziałem „Aliens” po raz pierwszy, nie potrafi opuścić mojej głowy, jest chwila, w której załoga Sulaco dokonuje powietrznego rekonesansu kolonii. Ciemność, mgła, zimno i napięcie – nagle przed wpatrzonymi w szyby postaciami, a także przed zahipnotyzowanym widzem pojawiają się olbrzymie struktury – przypominające elektrownie atomową budowle, przywołujące w głowie najdziksze skojarzenia technologicznej apokalipsy. Niepokój, gdzieś tam pod ziemią, w ciemności pewnie czai się Obcy, ale tu, wśród ludzi nie jest lepiej – to nie jest przyszłość z dziewiętnastowiecznej pocztówki – skończyliśmy z tą epoką na dobre. Stal, mrok i dzika energia zaklęta w monumentalnej formie. Oto przyszłość . Świat geometrycznego porządku, tak nieprzyjemny ludzkiemu duchowi, tak wyczekiwany przez intelekt. Meadowi udało się tak jak Gigerowi w poprzednim filmie, poprzez otoczenie rozegrać własną historię. Syd, chyba jeden z najważniejszych dizajnerów dwudziestego stulecia – wyczarował w filmie wspaniały klimat. Jego wizja rozklekotanej, rozpadającej się w szwach kolonii, pietyzm z jakim rozplanował militarne cudeńka, takie jak statek Sulaco – to jest godne podziwu. Jego wizja sama w sobie stanowi moc „Aliens” – tu organiczny świat Obcych Gigera schodzi na dalszy plan – to jest ludzki teren – to czuć.

Nikt nie usłyszy Twojego krzyku

O ile wizualnie i koncepcyjnie film robi piorunujące wrażenie, to oprawa dźwiękowa zdaje się już dośc mierna. Horner przebąkiwał coś o braku czasu, jest kilka fajnych motywów minimalistycznych, jakieś szury trzaski, ale generalnie nie ma szału. Problemem może być też brak zaskoczenia, jakie towarzyszyło pierwszemu spotkaniu z xenomorphem. Tego wroga już znamy, nie zaskoczy nas nowymi sztuczkami. Zresztą cały film, jeżeli odjąć z niego niesamowitą akcję, w której realizacyjną sprawność ciężko momentami uwierzyć, sama historia nie zaskoczyłaby nas zbyt wiele razy. Cameron uratował się zmianami w klimacie – przez to nie czuć ze ten kotlet jest już mikrofali, nie z patelni, jednak znajdą się tacy którzy z chęcią pokręcą nań nosem. Jest dość stereotypowo, firma jest zła, człowiek firmy fałszywy, żołnierze głupi, a dziewczynka z kolonii słodka i zaradna. Ripley jest badass, większość ją otaczających do piet jej nie dorasta, a ona sama angstuje za lata przespane w komorze i brak zrozumienia…

Jasne, film ma wady. Tylko ile jest tak naprawdę filmów bez wad? Pierwszy „Obcy” też miał ich sporo. A jednak świeżość przysłoniła te fale dziadostwa. I podobnie jest z kontynuacją. Na jej niedoróbki można z czystym sumieniem przymknąć oko i postawić obok pierwowzoru. Film Camerona może i nie jest tak straszny i nowatorski jak „Alien” Scotta, za to ma majestat rozwałki, klimat i zrobiony jest z dbałością, której brak dzisiejszemu kinu akcji ( i nie tylko). Warto zobaczyć jeden z nielicznych sequeli, które są warte swoich poprzedników.

Inne teksty tego autora: