Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Daft Funk, czyli o Random Access Memories słów kilka

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2013-05-26

W poprzednim odcinku:

Muzyka Daft Punk do drugiej części Tronu, była całkiem zjadliwym kawałkiem soundtracku. Z remixami tejże było już gorzej, jednak, nie oszukujmy się – płyty z remixami nikogo nie obchodzą. Zaliczając małe cameo we wzmiankowanym filmie i tworząc do niego udaną ścieżkę dźwiękową odziani w hełmy frencz-housowi mistrzowie przypomnieli o sobie w bardzo skuteczny sposób i poszerzyli po raz kolejny grono swoich fanów.

Starzy parkietowi wymiatacze narzekali co prawda na to, że muzyka jaką skomponowali panowie odległa jest od klimatów takich szlagierów jak „Around The World” czy „Make Love”, jednak większości zainteresowanych podobały się subtelne nawiązania do klasycznych ścieżek dźwiękowych filmów science fiction i ogólna „oldskulowość” całej produkcji.

Tych, których nie przekonały dźwięki z „Trona”, prawdopodobnie nie zachęci do Daft Punk, ich kolejny album „Random Acces Memories”.

Dziad Punk?

Czarna stylowa okładka nie zdradza jeszcze żadnych oznak nietypowości. Jest dość przewidywalna, ikoniczne hełmy duetu, tytuł wypisany ładną czcionką. No… Zdaje się, że tym razem panowie zaproponują coś typowo pod swoich fanów – płonne są to jednak nadzieje. Bowiem po wsunięciu płytki do odtwarzacza okazuje się, ze “Random Access Memories” to kolejna płyta pułapka.

Zaczyna się z przytupem od… Typowo rockowego wejścia. Tak typowego, że cofa nas gdzieś do lat siedemdziesiątych, kiedy nie było lepszego instrumentu od gitary elektrycznej, a tuzy pokroju The Who szalały na scenie. Muzyka szybko zwalnia i do uszu dociera leniwe funkowanie. Funkowanie, które nie opuszcza nas już do samego finału.

Przed premierą płyty dużo się mówiło o gościach, jacy pojawiają się wraz z hełmowym duo i cóż… Patrząc na różnorodność zaproszonych artystów, a są wśród nich takie tuzy jak Panda Bear, Julian Casablancas, czy nawet Giorgio Moroder, myślałem, że efektem będzie płyta różnorodna, pełna smaczków i wokalnych featuringów – krótko mówiąc spodziewałem się czegoś w stylu „War Stories” U.N.K.L.E… Jednak efekt końcowy jest zupełnie inny.

Funk i gitary dominują tutaj od początku do końca – a zaproszeni muzycy zostali poproszeni nie o standardowe „parę taktów od siebie” a o coś bardziej skomplikowanego. Otóż przykryli oni, niezwykle ulotną tym razem muzykę Daft Punk bardziej organiczną warstwą dźwięków. Mamy tu gitary, klawisze, czyste wokale, żywe instrumenty perkusyjne. Prawdę mówiąc, momentami w ogóle nie słychać tu ukrytych za swymi maskami dj-ów. Tak samo w warstwie wykonania jak i granej muzyce.

To całe powolne funkowanie z małymi podtekstami elektroniki nie do końca przekonuje. Muzyka mimo przebojowości nosi niebezpieczne znamiona dziadostwa, kotleciarstwa i typowej masówki puszczanej „do grilla”. Mimo, że nie można odmówić Daft Punk odwagi i oryginalności, nie wiem czy momentami nie przekraczają na tej płycie granicy między zabawą konwencją, a zwykłym kiczem.

Human After All?

Zdawać by się mogło, że płyta mi się nie podoba. Jednak tak nie jest.

Mam dużą odporność na kicz, to pewne. Jest też we mnie spore zapotrzebowanie na takie nostalgiczne nuty, jak nowe kompozycje francuskiego duo. Wreszcie, mam dystans niezbędny dla tolerowania takiej muzyki – choć zastanawiam się na ile ostatnie dokonanie Daft Punk jest efektem humoru i dobrego samopoczucia, a ile w nim niebezpiecznych dla takich produkcji ambicji.

Jeśli ktoś czuje podobnie jak ja i nie boi się, pomówień o słuchanie muzyki nadającej się jedynie do tupania paluchem w dziurawej skarpecie - wydaje mi się - łyknie „Random Access Memories” bez popity. Płyta powinna też zadowolić fanów starej dyskotekowej muzyki, co dziwnym nie jest, biorąc pod uwagę co napisałem wcześniej.

Ciężko tu wyróżnić jakiś kawałek, bo większość ze względu na nieustanne funkowanie brzmi bardzo podobnie, jednak „Giorgio by Moroder” , trwający prawie dziewięć minut, wybija się z tłumu klasycznym brzmieniem będącym zasługą wiadomego już gościa. Z kolei drugi długi utwór – „Touch” zwraca uwagę dziwnym, mrocznym intrem i mnogością instrumentarium.

Jeśli by szukać szlagierów, to głównym pretendentem jest tu „Get Lucky”, znane już z promującego płytę singla. W sumie poza nim ciężko tu znaleźć coś, co było by szczególnie zapamiętywane, choć większość kompozycji ma swój urok.

W kolejnym odcinku…

Nie jestem pewien w jaki sposób ustosunkować się do tej płyty – z jednej strony to bardzo przyjemny, słoneczny album, o wysokiej jakości produkcji i z masą ciekawych pomysłów. Z drugiej jednak, nie da się ukryć, że od Daft Punk oczekiwałem czegoś zupełnie innego.

Hełmogłowi od zawsze wypinali się na to, co sądzą i czego pragną słuchacze, konsekwentnie realizując swoją radykalną wizję muzyki dyskotekowej. Zaczynali od frencz house, i poprzez flirt z popem i rockiem, doszli tutaj – do mieszanki funku i elektroniki. Dla nich zapewne droga jaką obrali jest oczywistością – naturalną konsekwencją poprzednich wyborów stylistycznych – jednak dla mnie, jako słuchacza „Random Access Memories” jest mimo kilkunastu pełnych obrotów w odtwarzaczu, nadal wielką niewiadomą.

Wydaje mi się, że dopiero kolejna płyta tego zespołu będzie mogła nadać sens obecnej – że w tej chwili, muzyka z „Random…” jest nazbyt oderwana od całości, nie spaja się w jedno z tym co już zostało powiedziane. Można ją traktować jako wybryk, lub jako zapowiedź nowego – jednak sama w sobie jest zbyt problematyczna, by bez odpowiedniego dystansu, móc ją ocenić.

Inne teksty tego autora: