Javascript jest akutalnie wyłączony. Ta strona wymaga włączenia skryptów. Proszę włącz javascript w swojej przeglądarce!

Droga Esther

Napisane przez: Subterranean , Rodzaj: Recenzja , Dodane: 2012-05-01

Kwestia estetyki

Wrażenie estetyczne, które towarzyszy obcowaniu z przedmiotem sztuki powstaje, gdy nasze oczekiwania co do niego zostają skonfrontowane z jego formą. Możemy dzięki temu wysnuć wniosek, że sztuką jest dokładnie to, co za nią uznamy, bądź prościej – wszystko. Takie stwierdzenie potwierdzić by mogła najprostsza z kulturoznawczych teorii sztuki, podług której jest ona efektem kulturalnej działalności człowieka.

Z myślą o takim, bardzo otwartym postrzeganiu zjawiska artystycznego, warto przysiąść do „Dear Esther”, kontrowersyjnego kawałka gry, czy może raczej post-gry. Kontrowersyjnego nie z powodu krwi, flaków czy erotycznych podniet czyhających na wrażliwców, lecz ze względu na to, jak bardzo ograniczona i dla niektórych wprost prostacka jest jej stricte „growa” część.

Fabuła?

Spoilerów nie będzie – mimo krótkiego czasu trwania i prostoty – historia i jej finał są dość enigmatyczne i co więcej, dla pełnego doświadczenia nie będę mówił o niej nic. Warto nadmienić jedynie, ze akcja toczy się na pewnej uroczej, choć nieco zamglonej wyspie, po której to przyjdzie nam się przespacerować. Ten spacer, czy raczej podróż, będzie naszym jedynym zdaniem. W jego trakcie introspektywne dialogi odpalane losowo będą nam opowiadać głosem narratora historię. Pojawi się tez kilka bardziej zagadkowych, randomizowanych elementów, które warto obadać samemu.

To wszystko. Idziemy od punktu „a” do „b” przez cztery rozdziały… i… koniec. Panowie odpowiedzialnie za DE to akademiccy działacze, którzy postawili sobie zadanie wykorzystani znanego z Half Life 2 silnika source do stworzenia nowego modelu rozgrywki. I tak wyszło im Dear Esther – mod do wyżej wspomnianej gry. Z biegiem czasu okazało się, że darmowa modyfikacja cieszy się dużym powodzeniem – chłopaki-studenciaki założyli studio The Chinese Room i stworzyli komercyjną wersję „Drogiej Estery”. Okazało się, ze była to słuszna decyzja. Gra sprzedała się bardzo dobrze.

Co przyciągnęło graczy do tak prostej i zdawałoby się błahej pozycji?

Doświadczenie

Po pierwsze estetów na pewno przyciągnęła oprawa audio-video i wspaniały dizajn wyspy. Powiem szczerze – tak pięknej gry nie widziałem. Mimo ze silnik Skurce ma swoje lata, to jak dla mnie mamy tu do czynienia z fotorealizmem, który swobodnie acz stopniowo z biegiem czasu odpływa w surrealistyczne rojenie. Niezwykle dopracowanej grafice, kołyszącym się zbożom, monumentalnym wrakom statków i rozświetlonym cudownymi błyskami jaskiniom towarzyszy świetna, delikatna muzyka, ulotna, ale niezwykle przejmująca.

Po drugie DE musi zadowolić fanów dobrych opowieści z masą niedopowiedzeń. Trochę tu Lyncha, trochę Greenawaya, a trochę prozy życia – wszystko opowiedziane tak, że, mimo iż nie jest to odkrycie wielkie, to jednak w pełni oddaje powagę podjętej opowieści. Pomimo braku interakcji i symbolicznej „growości” – Dear Esther naprawdę pozwala poczuć emocje głównego bohatera.

I tu chyba dochodzimy do puenty – czy uznać DE za grę, czy nie – jednego nie da się tej produkcji odmówić. Jak żadna wcześniej pozwala poznać, wcielić się, zmieszać z prowadzoną postacią. Tu faktycznie jest moment przesunięcia granicy, rozgrywka staje się totalnie personalna, unikalna, intymna.

Ciężko to zdefiniować. Jak cięzko poddać kategoryzacji całą produkcję The Chinese Room.

Jak rozpoznać grę kiedy się ją widzi.

Parafrazując słynny eksperyment Stanleya Fisha, można by było właczyć „Dear Esther” na dużym ekranie i dać kilku osobom pochodzić po ukazanej w nim wyspie, kazać im ocenic grę w którą grali, a na koniec powiedzieć, że wcale nie mieli z żadną grą styczności, ze to jedynie zlepek pomysłów autorów, którzy nigdy nie pretendowali do stworzenia jakiegoś growego majstersztyku. Byłoby, pomimo naciągania faktów w takim eksperymencie, ciekawie zobaczyć jak zareagują w finale badani. Czy odrzucą „growość” DE, czy może będą jej bronić, wreszcie, czy wliczą ją w obręb elitarnego pojęcia „sztuka”, czy może ją z niego wykluczą.

DE porusza ciekawy problem, który umyka nam podczas obcowania z nią, jednak wypływa gdy chcemy o niej podyskutować. Mianowicie, czy gra video może być sztuką ? Zazwyczaj możemy tu zaobserwować pewne opozycje, które jak mniemam, udowodniłby pseudo-fishowski eksperyment opisany powyżej.

Dear Esther to gra = Dear Esther nie jest sztuką
Dear Esther nie jest grą = Dear Esther to sztuka

Pomimo tego, że gry komputerowe towarzyszą nam już od bez mała kilkudziesięciu lat, wciąż mamy z nimi problem. Problem który tkwi nie tyle w estetyce współczesnej, która skłonna jest bezproblemowo zaliczyć do wytworów artystycznych praktycznie wszystko, łącznie z butem i kostką mydła, lecz w estetyce „doczesnej”, która w swej bucie wmawia nam że istnieją podziały na to co artystyczne i nieartystyczne. Te podziały mimo szczytnych deklaracji istnieją i zapewne będą istnieć, w każdej warstwie, nawet wśród profesorów ASP i szefów katedr estetyki. Dlaczego?

Dlatego, że sztuka powinna być podług ogółu zjawiskiem elitarnym. Ludzie naprawdę jej nienawidzą i chcą ją zepchnąć do getta. Jestem pewien że cały ten pomysł na podział na doznanie artystyczne i rozrywkowe wyszedł, bądź został spopularyzowany w dużej mierze przez samych przysłowiowych szaraczków, palących galerie jak i kosze na śmieci. Problem w tym, ze jak stwierdził Platon, sztuka nie ejst pożyteczna. Dobre jest to co daje korzyści materialne, praca najlepiej ciężka jak kopanie rowów czy ciosanie drewnianych bali – ludzie chodzą na filmy Goddarda bo są leniwi i nie maja co robić. A jeszcze przecież miesza im ta sztuka w głowach i daje zły przykład. Takie rzeczy po prostu trzeba ograniczać.

A co jak przypadkiem coś się zaplacze i spodoba? Wtedy możliwości są dwie – albo idziemy z nurtem i stajemy się egocentrycznym snobem, albo wyłączamy obiekt uwielbienia przed nawias. I tak można by powiedzieć, że :

Dear Esther jest grą artystyczną
Dear Esther jest grą
Dear Esther nie jest grą, jest sztuką
Dear Esther to marnotrwatswo czasu

Zapewne zdania takie można by mnożyć i faktycznie byłby to równie bezcelowe jak ciągła dyskusja nad tym czy gry komputerowe są sztuką. Bo odpowiedź prosta jest niezmiernie : są. Filmy o „Rambo” też . Można dyskutować o walorach artystycznych, o tym czy coś jest kiczem, czy coś jest arcydziełem – ale co udowodnił już Huiznga w „Homo Ludens” podstawową działalnością człowieka jest zabawa, a sztuka to jej wynik, snobistyczny, czy debilny – jednak zawsze jakiś.

Będę grał w grę.

„Dear Esther” jest grą. Choć jej minimalistyczna natura i eksperymentalny posmak mogą nam próbować przekazać coś innego, to nie udało mi się w swojej małej wewnętrznej dyskusji nijak temu zaprzeczyć. Posiada bohaterów, miejsce akcji, element eksploracji i zadanie które należy pokonać. Paradoksalnie odzierając rozgrywkę z klasycznych elementów, twórcom z The Chinese Room udało się osiągnąć nową, niespodziewaną jakość. Skonfrontowali nasze oczekiwania z ich koncepcją i dzięki temu zwyciężyli tworząc świeże estetyczne doznanie. Pozwolili sztuce rozwinąć się w kolejnym, zdumiewającym kierunku.

Inne teksty tego autora: